Zakazane tematy

Jeden z błędów popełnianych przez szkoły rodzenia, który doprowadza mnie do szewskiej pasji

Niektóre szkoły rodzenia powinny się wstydzić. Wstydzić tego, że mając do czynienia z najbardziej podatną na sugestie grupą społeczną: przyszłymi rodzicami, żerują na ich braku doświadczenia i wiary w siebie. 

Zanim jednak opowiem swoją krótką historię, zaznaczę tu tylko, że popieram kupowanie najlepszych fotelików samochodowych dla dziecka. Najlepszych, czyli takich, które mają wszystkie punkty w testach bezpieczeństwa, pochodzą od znanego producenta oraz ze sprawdzonego źródła (kupno używanych niesie ze sobą niebezpieczeństwo, że pierwszy właściciel zatai przed nami fakt, że fotelik brał udział w kolizji, co może oznaczać bardzo niebezpieczne, choć niewidoczne dla oka defekty). Sama mam markowy fotelik rekomendowany w różnych rankingach, a niebawem będziemy kupować nowy. Szykujemy się na spory wydatek, bo bezpieczeństwo własnego dziecka to coś, na czym oszczędzać nie można. Jednocześnie wiem, że wielu rodziców wcale nie poświęca czasu na zgłębianie informacji na temat fotelików. Niektórzy wożą dzieci w gondolkach, które były w cenie wózka 3w1, i które nie mają żadnych atestów. Inni – o zgrozo – podróżują z maluchami na kolanach, na zasadzie „oj tam, oj tam, my tylko do sklepu”. Ale zostawmy ich, dziś nie o tym. Wiodących firm fotelików jest co najmniej kilka, a jeśli chcemy konkretny model sprawdzić pod względem oceny bezpieczeństwa, jego nazwę wpisujemy po prostu tu  i jest jasne, jak przeszedł rygorystyczne testy. Rynek jest bogaty, ceny zróżnicowane.

Przejdę jednak do mojej historii. W niedzielny poranek dostałam wiadomość od koleżanki, która już niedługo przywita na świecie pierwsze dziecko. Napisała do mnie mniej więcej tak:

– Kochana, jestem w kropce, bo w mojej szkole rodzenia na wykładzie o fotelikach samochodowych przedstawiono pewien konkretny, bardzo drogi model i mówiono o nim w taki sposób, że jeśli go swojemu dziecku nie kupisz, to sorry, ale będziesz złą matką. Ponoć wszystkie inne foteliki nie umywają się do tego konkretnego modelu. Nie wiem, co mam zrobić, bo to naprawdę drogi model, ale tak mi wjechali na psychę… nie chcę być złą matką. Teraz aż zaczęłam się bać, że żaden inny fotelik nie będzie bezpieczny dla naszego dziecka.

Fotelik samochodowy

Totalna psychoza. Uspokoiłam koleżankę: owszem, ten model wydaje się być świetny, ale jeśli nie stać jej na ten konkretny, to inny, za 500-700 zł (a to też przecież nie jest mało!) od znanego producenta i z bardzo dobrą oceną w testach również może się sprawdzić. W trakcie naszej rozmowy zrozumiałam też pewną rzecz: reklama w tej szkole rodzenia była po prostu podła. Żerowała na osobach, które jeszcze nie posiadają wiedzy o dziecku, mają setki obaw i brak im wiary w to, że będą wystarczająco dobrymi rodzicami. To właśnie takim osobom najłatwiej jest wcisnąć najdroższe nawet przedmioty dla dziecka. Tylko do cholery nie każdego stać na zakup takiego modelu fotelika. A co z rodzicami, którym bardzo na zdrowiu i bezpieczeństwie maluszka zależy, ale sytuacja finansowa nie pozwala im na taki zakup? Mają się załamać? Popaść w depresję? Już na starcie zwątpić w siebie i stracić radość z rodzicielstwa?

Niektóre promowane w internecie czy szkołach rodzenia założenia społeczeństwa konsumpcyjnego są chore: jeśli nie będziesz miał miliona drogich rzeczy dla dziecka (kosmetyków, designerskich mebelków, drogich zabawek, ubranek z organicznej bawełny, fotelika za pierdyliard złotych, wózka od projektanta mody) to sorry, ale nie możesz być dobrym rodzicem. Przegrywasz na starcie. Jesteś do bani. Tak podkopuje się wiarę we własne kompetencje. Miłość, bliskość, ciepło domowego ogniska wydają się czymś drugorzędnym i to jest do cholery bardzo przykre.

Pamiętam siebie w pierwszych tygodniach po narodzeniu córki. Byłam tak rozedrgana emocjonalnie, kompletnie bez wiary w to, że sobie poradzimy, bez wiedzy, co jest dla mojego dziecka najlepsze. Non stop drżałam, czy wszystko robimy dobrze. W tamtych dniach byłam tak słaba i bezbronna, że reklamy z TV byłyby mnie w stanie przekonać, że moje 4-tygodniowe dziecko do szczęścia potrzebuje już tylko złotego iPhone’a 8. Dziś mam bogatszą wiedzę popartą doświadczeniem, dlatego z dużym współczuciem zerkam na przyszłych rodziców, na których naiwności się bezczelnie żeruje.

Niedawno słyszałam, że na mocy jakiegoś rozporządzenia na salach poporodowych zabroniono wieszania plakatów czy roznoszenia ulotek reklamujących sztuczne mleko. I bardzo dobrze, że w miejscach, w których toczy się ciężka walka o pokarm i cud karmienia piersią, nie wali się matkom po oczach cudownym i prostym rozwiązaniem, którym jest mleko modyfikowane. Nie wiem, jakie zasady obowiązują publiczne szkoły rodzenia, które notabene finansowane są przez NFZ i jak wiele zarabiają na reklamach takich jak ta wspomniana przez moją koleżankę. Dla mnie jednak, powtórzę – to podłość, bo w przyszłych rodzicach buduje się przekonanie: nie macie kasy, jesteście do niczego.

Doskonale wiem, że same miłość i ciepło nie zapewnią dziecku bezpieczeństwa w trakcie jazdy samochodem, ale do cholery tańszy fotelik za 600 zł może być równie dobrym rozwiązaniem, jak ten za 2-3 razy tyle. A wspomniany wykład o bezpiecznych fotelikach nie powinien być reklamą jedynego słusznego modelu, którego cena spędza sen z powiek młodych rodziców. Powinien po prostu poruszyć wszystkie kwestie bezpieczeństwa i nauczyć, na co zwracać uwagę przy zakupach. Gdybym to ja rok temu była na takich zajęciach, wróciłabym z nich zdołowana: „kim będę, jeśli zaryzykuję i kupię dziecku coś innego, nieco tańszego niż to, co tu zareklamowano?”.

Takie praktyki są do cholery nieetyczne (Art. 8 „Reklama nie może nadużywać zaufania odbiorcy, ani też wykorzystywać jego braku doświadczenia lub wiedzy”). Dla mnie to prawie  jak wciskanie staruszkom  garnków za 9 tysięcy złotych:(

Fot. Pikolina