Bez kategorii, Zakazane tematy

O tym fantazjuje każda matka, tylko wstydzi się przyznać…

Może potraktujesz ten wpis jako jeden z tekstów w rodzaju „problemy pierwszego świata”, a może masz tak samo i przybijesz mi piątkę. Dziś o tym, jak współczesne mamusie narzekają, że im ciężko i wynajmują (uwaga!), jak te burżujki… panie sprzątające i firmy cateringowe! Nie do pomyślenia przecież.

Moja koleżanka z pracy nawiązała do tego zjawiska całkiem niedawno:

– Zobacz, te dzisiejsze młode matki – mają jedno, góra dwoje dzieci i już deklarują, że jest im tak ciężko, że one po prostu nie biorą się już za gotowanie obiadów ani sprzątanie. Tłumaczą to totalnym zmęczeniem i brakiem czasu. A nasze własne matki? Miały trójkę, czwórkę lub nawet piątkę dzieci na głowie i robiły wszystko: porządki, gotowanie całej rodzinie, czasem nawet włącznie z obsługą wiejskiego gospodarstwa. Nie żaliły się, tylko zakasały rękawy i dawały radę. Czy my, współczesne mamusie jesteśmy jakieś wydelikatecone? Niektóre nasze koleżanki opłacają panie sprzątające, by raz w tygodniu porządnie ogarnęły im dom. Inne bez wyrzutów sumienia zamawiają pizzę na obiad. Co się aż tak bardzo przez jedno pokolenie zmieniło? – zapytała.

Myślę, że po prostu przestałyśmy się przejmować tym, co ludzie o nas pomyślą. Żyjemy w dużych miastach (pewnie w jakimś przeważającym procencie), izolujemy od obcych, nikt nie zagląda nam do garów. W dodatku, w tym pakiecie z nowymi, lepszymi czasami dostałyśmy też lepszych mężów. To faceci, którzy z jakichś powodów (choćby wyjazdu na studia) musieli nauczyć się samodzielności. Bez wielkiego halo wypełniają swoje obowiązki: zakupy, czyszczenie łazienki, wyprowadzenie psa, nastawienie prania. I te obowiązki potrafią potem dzielić z partnerkami życiowymi.

Może właśnie to nas, współczesne matki tak „rozpieściło?”. Otwarcie narzekamy, gdy jest ciężko i bez krępacji rozdzielamy domowe obowiązki.

Pamiętam, jak kiedyś umieściłam na blogu wpis o tym, że moja 50-letnia szefowa, zamiast urabiać się po pachy przed Bożym Narodzeniem, spędza czas z rodziną. A dwanaście potraw? Zamawia w firmie kateringowej. Sprzątanie? Pomagają dzieci i mąż, każdy ma swoją małą działkę, dzięki czemu nikt nie pada przed świętami na nos ze zmęczenia. Byłam pod wrażeniem, czułam nawet lekkie oburzenie. Jak to tak? Ja nie znam kobiet, które potrawy wigilijne zamawiają w jakiejś zewnętrznej firmie! Moja babcia i mama wszystko robią same. Potem po prostu padają na nos. Ale przecież taka jest „tradycja”! Jak tak można – nie przygotować nawet jednego dania dla swoich dzieci? Przecież gotowanie to też sposób okazywania komuś miłości! Ale moja szefowa tłumaczyła mi to tak:

– Wiesz, kiedyś faktycznie tak było, że brałam wszystko na swoją głowę. Pędziłam z pracy prosto na zakupy, a potem do kuchni, w której siedziałam do północy, szykując święta. Efekt? Kasa na wszystkie składniki, gotowanie, energię elektryczną oraz zmywanie wychodziła ta sama, co jakbym zamówiła gotowy catering. Byłam w dodatku tak zmęczona, sfrustrowana i nieobecna, że marzyłam jedynie o wygodnym łóżku, a nie jakimś tam siedzeniu za stołem z rodziną. Teraz, gdy dzieci studiują i widzę je rzadko, zrozumiałam, że kiedy są już w domu, to powinnam być z nimi na sto procent. Dlatego wcześniej zamawiamy sobie katering świąteczny, a my z córką i synem ewentualnie ulepimy pierożki dla przyjemności i podtrzymania tradycji. Judyta, jak będziesz już miała swoje dzieci, to pamiętaj, nie ma po co się zaharowywać, i tak nikt tego nie doceni. Chcesz, żeby dzieci pamiętały cię jako sfrustrowaną, wiecznie niezadowoloną matkę?

Dawna szefowa miała rację, faktycznie coś w tym jest!

Wiele do myślenia dała mi też ostatnia majówka. Nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, zostało nam więc siedzenie w domu na przemian z długimi spacerami. W ostatnich dniach robiłam właściwie wszystko, żeby w mieszkaniu nie siedzieć. Dlaczego? Bo było mi niedobrze od patrzenia na nasz wielki bałagan, problem, który tak naprawdę ostatecznie rozwiązałoby pewnie tylko wrzucenie bomby. Żaliłam się mężowi, który też miał dosyć mojej nerwowości:

– Karlos, ja naprawdę lubię mieć czysto. Ale sam widziałeś. Wczoraj zebrałam w sobie energię, wyczyściłam cały salon: każdą półeczkę, ułożyłam książki, poskładałam ciuchy w szafie, umyłam podłogi, poustawiałam każdą zabaweczkę jak od linijki. Było pięknie. Tak jak lubię: czyściutko, jasno, wszystko na swoim miejscu. Ale ten stan nie doczekał nawet do wieczora, kiedy mieliśmy odpocząć przy serialu! Nasz Osesek jest w takim wieku, że niszczy i rozwala wszystko na swojej drodze. Dwie godziny później salon  wyglądał jak w jakiejś melinie: ciuchy wywalone z szafy (zabezpieczenia już kiedyś wyłamała, są bez sensu), podłoga cała w zabawkach i podartych papierach, łóżko rozwalone, książki powywalane z półek! Dla mnie to codzienna załamka! Syzyfowa praca z tym naszym sprzątaniem!

Karol tylko pocieszył mnie, że „tak to już przy dzieciach jest”, nie ma co się przejmować.

A mnie to naprawdę dobija, szczególnie, gdy bywają dni, kiedy jestem w domu sama z małą, a nasze mieszkanko wygląda jak zapuszczone gniazdo strusia. Kuchnia jak pobojowisko, choć sprzątałam w niej rano; pozostałe dwa (tylko dwa!) pokoiki wyglądają jak po przejściu tajfunu, korytarz zawalony bucikami, piaskiem i zabawkami. Ten widok, oglądany codziennie przez cały rok, dobija. Dobija też myśl, że możesz to sobie posprzątać – za chwilkę znów mały tajfun zrobi tu swoje własne porządki. Problem pierwszego świata, wiem, ale po prostu mdli mnie już na widok codziennego pobojowiska.

Dlatego w majówkę po prostu robiłam wszystko, żebyśmy byli poza domem. Spacer, wyprawa, wypad za miasto. Cokolwiek, byle tam nie wracać. Na myśl o naszym zapuszczonym mieszkaniu (którego i tak nie ma sensu sprzątać!) dołował. Czułam się sfrustrowana i bezsilna, krzyczałam z byle powodu na Karlosa, irytowałam się na nasze dziecko.

Teraz już rozumiem moje koleżanki, młode mamy, które mają gdzieś, co powiedzą inni i raz w tygodniu płacą pani sprzątającej, żeby zrobiła im mieszkanie na błysk, tak od A do Z. Karol nadal uważa to za fanaberię, ale ja wiem, że pewnego dnia, gdy będę miała więcej pieniędzy na zbytki, zatrudnię kogoś do pomocy. Spełni się wtedy moja największa skryta fantazja: wyjdę z domu z rodziną, a gdy do niego wrócimy, będzie w nim zrobione na błysk. Pełna matczyna ekstaza;)

Mówienie o tym, że jako mamy potrzebujemy pomocy to nie bezsensowne wymysły. Płacenie za pomoc to nie burżujstwo. 

To inwestowanie we własne zdrowie psychiczne i dobry czas (taki bez nerwów) ze swoją rodziną;)