Zakazane tematy

Te praktyki mają miejsce w przedszkolach. Oto, jak rodzice szkodzą własnym dzieciom

 

 

Dziś zapraszam na wpis gościnny mojej dobrej koleżanki, douli i mamy trójki kilkuletnich dzieci. Chce zwrócić uwagę na problem roszczeniowych rodziców, którzy uprzykrzają życie paniom przedszkolankom. To wszystko prowadzi do tego, że tak naprawdę… robią krzywdę własnym dzieciom. 

 

Przecież zestresowane wiecznymi pretensjami i kłótniami opiekunki nie mogą być radosnymi i oddanymi towarzyszkami zabaw, prawda?
Ja sama, choć mojego dziecka to jeszcze nie dotyczy, wierzę, że wszystkie te przedziwne historie mają miejsce. Już nawet codzienna obserwacja rozmów mam przedszkolaków w piaskownicy budzi we mnie przerażenie. To, jak odzywają się do własnych dzieci, to jak obgadują siebie nawzajem, jakie mają pretensje do bogu ducha winnych sąsiadek… Słucham wielu dziwnych historii i czuję się przerażona tymi problematycznymi „osobowościami”. Pamiętam też opowieść mojej koleżanki ze studiów doktoranckich. Ania była polonistką i wychowawczynią dzieci w klasach 1-3. Chodzące ciepło, cierpliwość i miłość do literatury. Słowem – wymarzona nauczycielka i autorytet dla maluchów. Pamiętam jednak, że nawet ta ostoja spokoju opowiadała, że już na kilka dni przed wywiadówkami nie może spać, że łyka tabletki na uspokojenie. Bo te spotkania z rodzicami to zawsze piekło. Jakby się nie starała, ile by z siebie nie dawała, zawsze znajdzie się grupka rodziców, którzy uprzykrzają jej życie. Wieczne roszczenia, czepianie się, podważanie autorytetu. Nie do wytrzymania.

Dziś oddaję głos koleżance, którą niepokoi postawa rodziców, ponieważ odbija się na wszystkich dzieciach:

Chciałam poruszyć temat, który w ciągu minionej dekady urósł do rangi problemu, z którym coraz trudniej będzie się uporać i zniwelować jego negatywne skutki na wychowanie naszych dzieci. Jestem mamą trójki dzieci w wieku szkolno-przedszkolnym. Pracuję poza oświatą, ale od lat z uwagą śledzę wszystko, co dzieje się w oświacie i w szeroko pojętej edukacji. W związku z wiekiem moich dzieci (8, 5 i 3 lata), szczególnie przyglądam się funkcjonowaniu przedszkoli i klas młodszych w szkole podstawowej. I z całą mocą chcę powiedzieć, że za żadne skarby nie chciałabym pracować teraz jako nauczyciel, zwłaszcza przedszkolny (a przecież to mógłby być taki piękny zawód). Pomijając wady systemu, programów, brak środków finansowych itd., moje szczere zdumienie budzi postawa wielu rodziców wobec nauczycielek! Pełna pretensji, roszczeń, wydumanych problemów i nadinterpretacji. Rozumiem, że nie wszystkie opiekunki są super, ale nie przesadzajmy, jest masa świetnych nauczycielek, które przeżywają koszmar z takimi roszczeniowymi rodzicami, którzy próbują obarczyć wychowawców odpowiedzialnością za całość wychowania ich dzieci. Czasem będąc świadkiem pewnych sytuacji lub słysząc różne historie, naprawdę wstyd mi przyznać się do własnego pokolenia.

Garść przykładów? Proszę bardzo! Oto kilka ostatnich:
Nauczycielka mojego średniego synka to wspaniała, pełna pasji, pomysłów, zaangażowania i ciepła, osoba, która wciąż poszerza swoje horyzonty. Bardzo się cieszyłam, że dołączyła do zespołu przedszkola, akurat kiedy mój drugorodny zaczynał swoją przygodę z edukacją. Tym razem mam dużo lepszy odbiór tego samego miejsca, właśnie za sprawą tej pani. Ze spokojem powierzam jej swoje dziecko, które ją uwielbia. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy oznajmiła, że zwołuje nadprogramowe spotkanie z rodzicami w związku z krytyką jej osoby wyrażoną wobec dyrektora placówki. Ona?! Krytykowana? Za co?! Otóż jedno z dzieci opowiedziało w domu, że pani korzysta w trakcie pracy z telefonu komórkowego. Oburzeni rodzice popędzili do dyrekcji, bez uprzedniej rozmowy z nauczycielką. Taaak, pani korzysta z komórki, potwierdzą to wszystkie dzieci w grupie, bo za własne pieniądze kupiła przenośny głośnik, do którego podłącza telefon i odtwarza dzieciom z własnej playlisty utwory, by przybliżyć im różne gatunki muzyczne…

*Babcia innego 4,5 latka skarży na nią do dyrekcji, bo śmiała poprosić o przećwiczenie z dzieckiem w domu zakładania bucików… Zakładania, nie sznurowania!!!

Kolejny przykład: rodzice zgłaszają do dyrekcji, że dzieci mają za dużo zajęć – Uśmiałam się! Nie jestem zwolennikiem przeładowywania dzieci, ani chorych wyścigów w dążeniu do nie wiadomo jakiej perfekcji, jak to jest w niektórych przedszkolach, ani też nie jestem zwolennikiem nic nierobienia jak w innych. Dzieci w naszej grupie mają moim zdaniem właściwą, zrównoważoną ilość zajęć vs czasu wolnego. To nie przechowalnia, to nie żłobek. Jest podstawa programowa, jednego dnia robi się z maluchami mniej, drugiego więcej, ale zawsze jest czas na zabawę. Jak można mieć o coś takiego pretensje? Rozumiem, jakby dzieci były wybitnie przeładowane, ale rzecz w tym, że kompletnie nie są! Mój syn ledwo odczuwa, że były jakieś zajęcia, ale być może jakieś dziecko nie lubi wykonywać zadań/poleceń/ ćwiczeń i zamarudziło w domu raz czy drugi i problem toczy się właśnie jak kula śnieżna.

Przykładów jest więcej i wiem, że nie tylko w naszej grupie one występują. Ten sam problem pojawia się w innych grupach i w wielu, na prawdę wielu innych przedszkolach. Pani (na naszym wspomnianym zebraniu) bardzo starała się mówić z pozycji osoby nieprzejętej, ale w którymś momencie mimowolnie zebrały jej się łzy w oczach, które resztką woli powstrzymywała. To osoba, która naprawdę bardzo się stara, dużo robi dla dzieciaków, inwestuje własne pieniądze w brakujące sprzęty i spotyka ją za to mnóstwo nieprzyjemności. Bardzo mnie to poruszyło… bardzo. Co najgorsze, dyrekcja placówki wcale jej nie broni przed rodzicami, wręcz przeciwnie. Krytykuje ją za zbytnie zaangażowanie. Nic więc dziwnego, że nawet najlepszym pedagogom się odechciewa. Wypalają się.

A wyobrażacie sobie na przykład zaprowadzić malucha do przedszkola i zabrać mu buty? A wszystko po to, aby tylko nie wyszło z grupą na dwór i się nie ubrudziło? Bo butki nowe, bo butki białe albo przeznaczone „tylko do samochodu”?
Ja też sobie tego nie wyobrażałam i nie wyobrażam, ale to się dzieje i to nie jest odosobniony przypadek! A cierpi na tym zarówno dziecko, jak i cała grupa, bo nauczyciel albo nie może wyjść na dwór ze wszystkimi (naraża się tym samym na uwagi rodziców, dlaczego dzieci nie były na dworze), albo ma uwagi rodzica wspomnianego dziecka, jeśli dziecko wyjdzie na dwór z grupą w kapciach.

Mam wrażenie, że dzisiejszym rodzicom nie można też zwrócić na nic uwagi, bo od razu następuje obraza majestatu. Z góry zakładają, że wszelkie uwagi dotyczące ich dzieci są nieadekwatne do zachowań i umiejętności ich maluchów. Szczególnie wrażliwie reagują na wszelkie sugestie odbycia z dzieckiem diagnozy, choćby w kierunku integracji sensorycznej. Uwierzcie mi, to trudny moment dla przedszkolanki, przekazać taką informację, bo rodzice nie chcą o tym słyszeć i reakcje bywają naprawdę różne, niestety często nieprzyjemne. Nie rozumiejąc, że to w interesie ich dziecka leży sprawdzenie, czy zwyczajnie nie trzeba go jednak dodatkowo wesprzeć, węszą złą wolę u przedszkolanki. To bardzo delikatny temat, niemniej jednak powszechny. Dobrym przykładem jest tu pewna mama, która tak bardzo poczuła się urażona ową sugestią (że dziecko powinno zostać zbadane), że krótko po tym, przepisała malucha do prywatnego przedszkola, licząc na święty spokój, bo przecież Ci z państwowego się nie znają. Pewnie się zdziwiła, gdy już na samym początku to prywatne przedszkole zażądało od niej diagnozy, bo wyraźnie coś było na rzeczy. Zamiast z góry negować – może warto doczytać. Czasem wystarczy pół roku, czasem ponad rok, ale naprawdę można dziecku poprawić jakość życia, edukacji i relacji z rówieśnikami. Nie ma co się obrażać, chodzi przecież o dobro dziecka.

Wielu jest też rodziców, którzy przyjmują agresywną postawę wobec wychowawców grupy w sytuacjach, w których sami są „winni” np. mają pretensje o przemoczone buty dziecka. A były tak przemoczone, ponieważ była jesień, poprzedniego dnia padał deszcz, trawa była więc mokra. Dzieci mimo wszystko mają ustawowy obowiązek każdego dnia być na dworze. Rodzic założył dziecku tego dnia materiałowe trampki. Maluch nie mógł z tego powodu zostać sam w sali czy szatni, przecież nie usiedzi godzinę grzecznie na ławce, patrząc jak reszta dzieci biega po całym terenie. Grupa nie może też z powodu takiej sytuacji nie wychodzić na dwór. To w końcu rodzic ma obowiązek zapewnić dziecku ubiór na każdą pogodę. Wiszą kartki z informacją, na każdym zebraniu jest o tym mowa. To tak, jak wysłać kogoś z białym psem do lasu po deszczu i mieć do tej osoby pretensje, że pies wrócił ubłocony. Przedszkole nie dysponuje magazynem z ubraniami zastępczymi dla wszystkich. Nie wiem, może niektórzy tak sądzą, albo tego oczekują, ale nie – tak nie jest. To rodzice muszą zapewnić dziecku ubiór stosowny do aktualnej pogody.

Nie twierdzę, że wszystkie przedszkola i przedszkolanki są cudowne. Z pewnością jednak nie można każdego jednego pracownika przedszkola traktować jak osoby gorszego sortu, głupszego albo jakby koniecznie chciał krzywdy maluchów. Niestety… odnoszę wrażenie, że znaczna część rodziców (być może nieświadomie) z założenia tak właśnie traktuje pracowników przedszkoli, wymagając przy tym zrobienia również tej części pracy nad dzieckiem, którą sami powinni robić w warunkach domowych, a które zaniedbują. Szacunek należy się każdemu człowiekowi. Nie każda przedszkolanka jest wystarczająco asertywna, by nie dać wejść sobie na głowę, czy przypomnieć rodzicowi, że prócz praw, mają też pewne obowiązki. Powiem Wam coś… nawet te super asertywne babki, odchorowują potem czasem nawet kilka dni te wszystkie przykre zajścia z rodzicami. Szczególnie bolą obraźliwie formułowane teksty pod ich adresem (nierzadko wkraczające w ich prywatne sfery i na ich poczucie własnej wartości). Zrozumiałabym unoszenie się do tego stopnia, gdyby doszło do poważnego zaniedbania, gnębienia lub lekceważenia dziecka przez wychowawcę, albo gdyby stała się jakaś krzywda. Ale obrażanie kogoś i chodzenie do dyrekcji z byle czym, z niesprawdzonymi historyjkami – to przesada. Uważam, że zapanowanie nad rozprzestrzenianiem się tej przykrej postawy rodzicielskiej jest w interesie nas wszystkich, a zwłaszcza naszych dzieci, na których to wszystko się odbija.

Nie bądźmy tacy w gorącej wodzie kąpani, nikt nie jest nieomylny. Obserwujmy, wybadajmy sami sytuację, czy naprawdę dzieje się coś niepokojącego, czy to był może tylko chwilowy zryw wyobraźni dziecka (co przecież jest zupełnie normalne dla wieku 3-5 l.). Zwróćmy uwagę, czy coś się powtarza, czy nie. Zastanówmy się kilka razy nad problemem, przede wszystkim rozmawiajmy najpierw z wychowawcą grupy – może coś się od razu wyjaśni i nie trzeba robić jej problemów w pracy przed dyrekcją, ani zawracać dyrekcji głowy. Dyrektorki i tak mają masę pracy. Ciągłe donoszenie i jątrzenie zaburza pracę jednostek i całych placówek, a to wpływa przecież na nasze dzieci. Sama nie wiem, czy to wpływ czasów na rodzicielstwo – tego zapracowania, ogólnego pędu (z którego wynika też nerwowość) i niestety wbrew pozorom – gubienie z oczu dzieci na rzecz miliona zadań do wykonania… Czy to może kwestia technologizacji wszystkiego, która wpływa na coraz mniejszą komunikatywność społeczeństwa. Może jedno i drugie. Zapominamy o życzliwości, o cierpliwości, o kulturze wypowiedzi i szacunku dla drugiego człowieka. Może czasem warto przyjrzeć się sobie, zamiast upatrywać we wszystkich dookoła źródła swojego dyskomfortu. Często to źródło jest w nikim innym jak w nas samych i to od własnego wnętrza najlepiej zacząć robić porządki”.

Żudit: To bardzo ciekawy temat! Bardzo ciekawi mnie też relacja drugiej strony. Może są wśród nas rodzice przedszkolaków, którzy uważają, że skargi do dyrekcji są potrzebne i bez nich po prostu się nie da? Podzielcie się swoimi doświadczeniami!

Zdjęcia: Pikolina