Zakazane tematy

Do wszystkich rodziców ZDROWYCH dzieci

jak skłonić męża do pomocy

Mama Żudit: długo się zbierałam do napisania tego tekstu, bo co ja tam właściwie wiem o takich chorych dzieciach. Mnie się wydawało, że jak wychowałam czworo własnych, to poradniki mogłabym pisać…

Jak zwykle życie mi pokazało, że to nie to samo… patrzeć, jak rosną zdrowe dzieci, a zajmować się maluchem ciężko chorym lub upośledzonym… A już zupełnie nie byłam w stanie sobie wyobrazić, co czuje matka, kiedy umiera jej dziecko. Tak naprawdę tylko rodzice chorych maluchów i osoby z najbliższego otoczenia znają blaski i cienie życia z takim dzieckiem. Cała reszta może sobie tylko wyobrażać.
Zanim rozwinę temat, muszę przytoczyć wam rozmowę, a właściwie monolog, jaki usłyszałam całkiem niechcący obok mojego domu. Kiedy późnym popołudniem siedziałam sobie na tarasie i zerkałam, jak mój sąsiad kręci się po swoim pięknym podwórku i coś przesadza, do jego płotu podszedł znajomy (w wieku jakichś czterdziestu kilku lat) i poprosił o papierosa. Wyglądał, jakby był pijany albo naćpany – jak obłąkany włóczył się bez celu. Zapalił papierosa i powiedział:

– Słyszałeś Krzysiek, co u mnie się porobiło? Wiesz… dwa tygodnie temu dziecko mi umarło, moja mała dziewczynka. Długo chorowała, tyle wycierpiała, a potem jak przywieźli ją ze szpitala do domu, to już tylko dwa dni żyła i wiesz… wzięła i umarła. Takie zimne nóżki miała… a ja kredyt wziąłem na remont, bo nie chcieli jej ze szpitala oddać, musiała mieć dobre warunki opieki. Nową łazienkę dla niej robiłem… uśmiechnęła się, jak zobaczyła różowe kafelki, takie jak chciała. Boże, dziecko, coś ty najlepszego zrobiła? Zamiast dorosnąć, założyć rodzinę, ty taki numer mi wywijasz… Umarłaś sobie, słońce ty moje… jak ja mam teraz żyć? – Trzymając się płotu, zaciągnął się papierosem, a ja ryczałam jak głupia. – Wszyscy mi mówią, że mam jeszcze czworo dzieci, muszę się nimi zająć, a ja nie mogę sobie miejsca znaleźć. Ból mnie rozsadza taki, że wyć się chce. Budzę się w nocy, żona śpi, a ja lecę na cmentarz… Może moja Martynka czegoś potrzebuje, może ją przykryć trzeba. Miała takie zimne nóżki… Patrzyła w sufit i się uśmiechała, a teraz już jej nie ma. Na rękach mi odeszła… muszę jej kocyk zanieść, tam w ziemi jest tak zimno… Boże, co ja mówię, ale to tak strasznie boli. Moja mała dziewczynka, moje słoneczko… najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Już nie mam siły płakać, trzymam się przy żonie, a po nocach nie śpię. Jak w transie chodzę na cmentarz. Budzę się rano, buty mam brudne, a ja nie pamiętam nawet, jak szedłem. Rozerwie mnie zaraz od środka – mówił.

Puścił płot i jak pijany chwiejnym krokiem odszedł. Tak cierpi ojciec i błąka się ze swoim bólem po ulicy, bo w domu już nie jest w stanie wysiedzieć. To prawda, że ma jeszcze czworo dzieci, którymi trzeba się zająć. Znam jedną z jego córek, poznałam ich rodzinną tragedię z bliska. Ma dla kogo żyć, ale Martynka była takim jego oczkiem w głowie i to głupie serce totalnie nie słucha rozumu. To było dziecko specjalnej troski, w lekkim stopniu upośledzone, z padaczką. Pewnego dnia dostała ataku wyrostka, bolał ją bardzo brzuch, ale a lekarze zamiast ją konkretnie zbadać, dali tylko zastrzyk przeciwbólowy i odesłali do domu. Skoro upośledzona, to pewnie histeryzuje – uznali najwidoczniej. Na drugi dzień wyrostek pękł i się rozlał. Wdały się poważne powikłania. Kolejne operacje niby ratujące życie nic nie dały. Niestety, sepsa zrobiła swoje. Trzy miesiące dziecko się męczyło w szpitalu. Jej mama prawie codziennie jeździła z Hajnówki do Białegostoku, bo tam jest oddział chirurgii dziecięcej. Musiała, bo jej dziecko nie chciało jeść, tylko mama mogła ją karmić. Aż w końcu włączyli karmienie dojelitowe. Mała strasznie schudła. Z nastolatki (13-letniej dziewczynki) zamieniła się w małego, skulonego kurczaczka z podłączonymi do niej rurkami. Sam jej widok serce łamał. My, matki zdrowych dzieci, które tylko czasem chorowały, nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak to jest miesiącami patrzeć, jak umiera nasze dziecko. Bo z jednej strony kobieta chciałaby mu nieba przychylić i ulżyć w cierpieniu, a z drugiej realia są takie, że przychodzi w końcu najgorsza bezsilność, kiedy nie da się już nic zrobić.

Lekarze wiedzą, że to koniec, a w sercu matki ciągle jest nadzieja, że może jednak. Chłonie każdą chwilę, póki dziecko oddycha, każda minuta jest cenna. Nie chce uronić ani sekundy. Na koniec przyszedł taki promyk nadziei, że skoro wraca do domu, to może jednak będzie lepiej. Nie mieli pieniędzy, więc za pożyczone kupili różowe kafelki do łazienki. Takie, jakie się podobały ich małej dziewczynce. W swojej bezsilności łapali się każdej deski ratunku. Jakby te różowe kafelki miały pomóc ich dziecku. A ona wróciła do domu tylko po to, żeby umrzeć na rękach ojca. Uśmiechała się, w końcu była w domu. Wróciła tam gdzie jej było dobrze, z mamą i tatą. Zgasła jak ta świeczka. ZA SZYBKO.
Boże, a ty widzisz i nie grzmisz! To niesprawiedliwe, żeby dzieci umierały przed rodzicami. Co z tego, że oni wiedzą, że przecież mają jeszcze dla kogo żyć i to było nieuniknione. Zostało rozdarte serce i nieopisany ból. Umarła cząstka ich samych, taka, którą tak strasznie kochali. RÓŻOWE KAFELKI NIE POMOGŁY!

Tekst: Mama Żudit