nieCodzienność

Potrafisz zasuszyć nawet kaktusa? Mam coś dla ciebie!

To mogła być historia kolejnego spektakularnego zabójstwa pod naszym dachem. Na szczęście tym razem sytuację uratował Karlos. 

A wszystko zaczęło się tak. W jego ostatnie urodziny totalnie nie miałam pomysłu na prezent. Dlatego jak na zabieganą instamatkę przystało, poszłam po prostu do najbliższego sklepu spożywczego po tak zwane „cokolwiek”. Niech wie, że o nim pamiętam. Zbliżały się akurat Walentynki, więc przy kasach ustawiono małe doniczki z żywymi kwiatkami udekorowanymi w serduszka. Chwyciłam więc za pierwszą lepszą doniczkę, bo to zielone biedne stworzenie było jedyną opcją na prezent. A już stojąc w kolejce, myślałam w duchu:

– O zgrozo… – przecież to następna roślina, którą przynoszę do domu na pewną śmierć.

Znając nasze wcześniejsze historie: zasuszenia kaktusów, przegnicia korzeni różnych sukulentów, różyczki padające pod naporem mszyc, wiedziałam, że i ta roślinka to jedynie prezent „tymczasowy”. Za chwilę spotka je to samo, co resztę jej poprzedniczek. Żal mi trochę ścisnął serce, ale z drugiej strony – co poradzić? Nie mamy ręki ani talentu do kwiatów. To się już pewnie nigdy nie zmieni.

Karlos przyjął mój symboliczny prezent z uśmiechem, zastrzegając jednak (co mnie bardzo zaskoczyło):
– Słuchaj, ale tego nie zabijemy, ok?
– Chętnie wyhodowałabym z tego maluszka coś wielkiego, ale jak? Nawet mimo dobrych chęci pewnie i tak wyjdzie jak zawsze.
– To wyobraźmy sobie, że ten kwiat to nasza miłość. Dbajmy o niego, jak o nasze uczucie. Niech to będzie kwestią honoru, że nie umrze – żartował Karlos.

Minęły zdaje się DWA (!!!) lata od tamtego dnia, a roślinka nadal żyje! Raz bywało lepiej, raz gorzej, bo raz miała za mokro, raz za sucho, ale przetrwała. Trochę jak ta nasza miłość – czasami usychająca i wykręcona, czasem egzystująca w smutnych w mrokach, innym razem zaślepiona słońcem.

Przyznam się szczerze, kiedyś myślałam nawet, że tacy mordercy roślin, jak my nie powinni mieć dzieci! Bo jak? Zapomnisz nakarmić, obrócić, przesadzić w lepsze miejsce? Po tym, jak pojawił się Osesek, wiele się zmieniło. Na szczęście dobre chęci, trochę miłości i można się wszystkiego nauczyć. Opiekę i pielęgnację córeczki opanowaliśmy dosyć szybko. Nasze dziecko wydaje się być szczęśliwe.

No dobrze, skoro instrukcji obsługi małego człowieka da się nauczyć, to co z… kwiatami? W tym temacie dalej marnie – na naszych parapetach pustki. Dlatego tak bardzo zainteresowała mnie ostatnio książka o wymownym tytule „Jak nie zabić swoich roślin”. Obserwowałam zapowiedzi i zdjęcia na Instagramie, polubiłam nawet konto @Zabijam rośliny – totalnie moje klimaty.

Dlatego też poczułam się należycie doceniona, gdy niespodziewanie odezwało się do mnie Wydawnictwo Otwarte z prośbą o recenzję tego poradnika.

Przejrzałam stronę wizualną książki – mistrzostwo świata. Trzeba to uczciwie przyznać, sama pracuję w tej branży i wiem, że niektóre publikacje są wydane spektakularne, inne po prostu w skromniejszej wersji. Tu jest na bogato, ale też w klimacie kochającego minimalizm Instagrama. Autorka ma fioła na punkcie kwiatów, co wzięło początek z jej magicznego dzieciństwa i lektury książki „Tajemniczy ogród”. Najlepsze jednak w „Jak nie zabić swoich roślin” jest to, że jest napisana z przymrużeniem oka: autorka wie, że pisze do morderców (takich, jak ja) i stara się ich zabrać na jasną stronę mocy. Czyli tam, gdzie nasze mieszkania wreszcie zielenią się od pięknych i zadbanych roślinek.
Najważniejsze, co wyciągnęłabym z tej książki dla zabójców roślin? Skondensowana pigułka poniżej:

1) Po pierwsze, say your name! Koniecznie poznaj nazwę rośliny, którą planujesz kupić do domu! Jej imię zdradzi ci, jakiej pielęgnacji wymaga kwiat oraz, co kluczowe – czy ten gatunek jest wymagający w opiece. Tak naprawdę, to niestety nigdy sama nie wpadłam na to, żeby zerknąć, jak się nazywały wszystkie moje poprzednie rośliny. Panie świeć nad ich pamięcią!

2) Sięgnij do korzeni – gdy dowiesz się, skąd dany kwiat pochodzi, zrozumiesz jego potrzeby. Bo być może namiastkę jego ulubionego środowiska możesz stworzyć na swoim domowym parapecie.

3) Rośliny doniczkowe najlepiej jest kupować w kwiaciarni – supermarkety nie są najlepszym do tego miejscem. „Tylko kwiaciarze poświęcą nam czas, ucząc zwyczajów rośliny i upewniając się, czy wybraliście właściwą”.

4) Rośliny też czują! – dowodów jest mnóstwo, a jednym z ciekawszych okazał się eksperyment Dorothy Retallack z 1973 roku. Badanie nazywało się Dźwięk muzyki a rośliny. Retallack wypełniła dwa pomieszczenia roślinami. W jednym puszczała muzykę rockową, a w drugim łagodne, kojące dźwięki. Po pięciu dniach zaobserwowała radykalne zmiany w roślinach. W pomieszczeniu z kojącymi dźwiękami rośliny były bardzo bujne i zdrowe, a nawet pochylały się w stronę radia. W pomieszczeniu rockowym kwiaty opadały, a rośliny odsuwały się od głośników”. W teorię uczuciowości roślin całe życie wierzy też moja babcia. To botaniczka amatorka, która nieustannie rozmawia ze swoimi roślinami. Czułość popłaca – dom babci to prawdziwa dżungla.

5) Naga prawda o roślinach: autorka z lekkością i humorem powie ci, z jakimi roślinami łatwo nie będzie, a z którymi idzie jak z płatka. Tak dla przykładu: „pieniążek (pilea peperomioides) jest łatwy jak zamówienie chińszczyzny”, sukulenty nie oleją nas, jeśli ich nie zalejemy, zaś „geranium uszczęśliwiają kąpiele słoneczne i regularne drinki (a kogo nie?)”.

Uwielbiam poradnik „Jak nie zabić swoich roślin”, bo nie jest kolejnym nudnym atlasem roślin. Przy lekturze można się nieźle uśmiać (bo któż inny napisze ci, jak wyprawić uroczysty pogrzeb swojej roślinie, albo zaprosi cię do szpitala dla kwiatów i niczym troskliwy pan doktor podpowie, jak uratować zielone listki?).

Ta książka nie sprawiła, że pokochałam rośliny (jeszcze nie, to dla mnie zbyt szybko!), ale… przyczyniła się do tego, że zaczęłam się nimi i ich potrzebami interesować. A stąd już krótka droga do zaproszenia ich do naszego nowego domu:) Trzymajcie kciuki, żebym sobie z nimi dobrze poradziła i nie musiała Was potem zapraszać na pogrzeby!

Zdjęcia: Pikolina