nieCodzienność

Dzień Ojca. Skąd wiem, że dobrze wybrałam tatę dla swojej córki?

Świadomie, lub nie, uprawiamy rodzicielstwo bliskości. O ile ja kiedyś nawet o tym zjawisku gdzieś czytałam, o tyle Karlos uprawia takie tacierzyństwo instynktownie. 

 

Dziecko dostaje od nas tony czułości. Taki tam standard – czytanie bajek, noszenie na rękach, rozmowy, głaskanie po buźce przed snem i wspólne spanie w jednym wielkim łóżku. Słowem – raczej normalka w kochającej się rodzinie. Ostatnio jednak zastała nas dziwna sytuacja. Był wieczór, oboje wróciliśmy z pracy. Babcia, która cały dzień zajmowała się Oseskiem, zadowolona przyznała, że wnusia była tego dnia spokojna, „ładnie jadła i chętnie się bawiła – zero trudności”. Cud, miód i orzeszki.

 

Aż tu nagle rodzice wrócili w domu. I wiadomo, można sobie pozwolić na więcej, być sobą. Nasza 15-miesięczna córeczka zaczyna więc swój niespodziewany popis. Coś ewidentnie jej się nie podoba – jest nerwowa, rzuca zabawkami, uderza piąstkami na oślep, odpycha się, gdy ją przytulam. To już nie pierwsza taka sytuacja, więc nie przejmuję się tym, tylko proponuję kolejne zabawy i atrakcje, które zawsze odwracają jej uwagę od płaczu. Ale tym razem nic nie pomaga. Dziecko ewidentnie jest na coś wściekłe. Siedzimy we trójkę w salonie, a ona krzyczy i płacze na zmianę. Przytulam ją lekko zdenerwowana, ale wyrywa mi się i ucieka, by położyć się z twarzą do podłogi i uderzać główką w ziemię. Jest coraz bardziej wściekła.

 

Kiedy przytulam ją ponownie, mocno już skonsternowana i zmęczona tym widowiskiem, ona wyrywa mi się, wściekła i zapłakana. Biegnie tymi swoimi małymi stópkami, zatrzymuje się i z premedytacją uderza główką o ścianę – ból wywołuje w niej jeszcze większy krzyk. Na zmianę z Karlosem uspakajamy ją, pokazujemy zabawki, otwieramy przed nią ulubione książeczki… wszystko na nic.

 

Opadam bez sił na łóżko i chowam twarz dłoniach – jestem zmęczona i bardzo stresuje mnie krzyk własnego dziecka. Czuję bezsilność, bo nie potrafię zaradzić tej sytuacji – nie pomogło przytulanie, zabawki, śpiewanie, uspokajanie… nic. Nagle mała podchodzi do nas, zaciekawiona tym, że mama ukryła przed nią swoją twarz. Chyba nie podoba jej się, że nie patrzę na to jej małe show wściekłości. Ciągle też płacze, ale jestem już tym jej widokiem zmęczona: wróciłam z pracy głodna, słabo w nocy spałam i ogólnie w tym momencie najchętniej uciekłabym na księżyc. Wewnętrzna kapitulacja. I nagle słyszę słowa swojego faceta. Zdanie ojca wypowiedziane do córki. Naraz otwierają mi się oczy i serce.

–  Biedactwo. Nasze maleństwo chyba dziś nie radzi sobie z emocjami, prawda? Chodź tu, teraz najbardziej potrzebujesz przytulenia.

Te słowa totalnie  mnie rozmiękczyły. Miał rację. W sekundę oczyściłam się z całej frustracji i złości. Przytuliłam malutką – spokojnie, głaszcząc ją i tłumacząc, że wszystko rozumiem i zawsze może się do nas tulić.

Zadziałało, jak jakaś magia. Minęła chwila i dziecko zmieniło nam się o 180 stopni – za minutę radośnie wyrwało się z objęć i pobiegło do swoich zabawek. Tamtego wieczoru cały czas była już spokojna, uśmiechała się i rozmawiała po swojemu. Po prostu zrozumieliśmy i zaakceptowaliśmy jej emocje, co dało jej ulgę.

Ta sytuacja z atakiem furii uświadomiła mi, co jest ważne: jako dorośli musimy przyjąć i zaakceptować wszystkie emocje swojego dziecka. Zanim sami zaczniemy się irytować i próbować stłamsić w dziecku złość, najpierw trzeba tego spokoju poszukać w sobie. A potem pomóc dziecku. Nie tylko my czujemy czasem złość i rozgoryczenie – dzieci również, tylko jeszcze nie wiedzą, jak mogą dać tym stanom emocjonalnym ujście.

fot. Mały kadr