nieCodzienność

Dlaczego cięta riposta zawsze przychodzi po czasie?

Czasami, gdy znajdujemy się w sytuacjach, gdy ktoś niespodziewanie powie lub zrobi nam coś przykrego, żałujemy, że w porę nie mieliśmy ciętej riposty. Bo ona przychodzi po czasie. A nam jakoś źle, że nie obroniliśmy się tak błyskotliwie i należycie, gdy był na to moment. 

Taką właśnie sytuację przeżyłam ostatnio na szczepieniu z córką. Pechowo dla mnie zgrywało się ono z meczem Polska Senegal. Karlos wybył na umówione od dawna męskie spotkanie, a ja przyszłam z małą do przychodni. Duszny czerwcowy dzień, ja z brzuszkiem, umęczona po każdym wysiłku, jakbym wróciła z kamieniołomów. Ale cóż, zaszczepić trzeba, czekaliśmy na tę wizytę wiele tygodni, dam radę – myślę. Tego dnia Osesek nie planował mi jednak niczego ułatwiać.

Odczekaliśmy swoje w kolejce. Przychodnia jest nowa, powstała przy budującym się właśnie osiedlu. Niestety, kolejki w tym ośrodku zdrowia są niesamowite. Na szczepienie czekaliśmy 6 tygodni. O zwykłej wizycie bez umawiania się, tak prosto z ulicy raczej nie ma tu mowy.

Podkreślę słowo „nowoczesna” przychodnia, bo, niestety mentalność niektórych tamtejszych pielęgniarek tkwi jeszcze w ich (zapewne) ukochanych czasach PRL’u.

Oto wchodzimy do gabinetu zabiegowego prosto z badania u pediatry. Ja już cała mokra z wysiłku, bo jednak opanować ten swój mały huragan, który nie zamierza dać się zważyć, zmierzyć ani rozebrać, to sztuka. Ale nic to, nadal czuję stoicki spokój. Za chwilę ten spokój ma mi się bardzo przydać.

Bo oto stajemy twarzą w twarz z pielęgniarką. Kobietą jakieś 50 lat. Ze zgrozą stwierdzam, że na tacy ma przygotowane aż trzy strzykawki – czyli będą trzy wkłucia. Zapowiada się wesoło. Dawniej na szczepienia chodziłam z Karlosem, bo we dwoje łatwiej opanować szarpiące się dziecko. Dziś jestem sama. Widzę, że moja córka denerwuje się, ta sytuacja przestaje jej się podobać.

Pielęgniarka każe nam siadać na kozetce. Instruuje mnie, jak trzymać dziecko podczas wkłucia, aby się nie szarpało. Potem nadchodzi najgorsze. Widzę strach w oczach mojego maleństwa. Cała przychodnia słyszy jego krzyki.

Walczyłam, przytulałam, starałam się unieruchomić na moment wkłucia szczepionek. Ale w tym wszystkim sama byłam spokojna – nie czułam złości, że maluch płacze i wyrywa się. Dla mnie to normalne: dziecko się boi. Igła przecież cholernie boli. Jest walka, są próby ucieczki. Wszystko w normie.

Nienormalna w tej całej sytuacji była tylko pielęgniarka. To, jak się zachowywała, przeszło moje pojęcie. Śmiało mogłaby reklamować ruchy antyszczepionkowe – po spotkaniu z taką osobą raz na zawsze odechciewa się szczepienia dziecka. O tym, co zrobiła, opowiem w cytowanym liście. Tak – złożyłam na nią pisemną skargę u kierownika placówki.

Tak mniej więcej brzmiał mój mail:

„Chciałabym ze smutkiem złożyć skargę na jedną z Państwa pracownic (tu nazwa placówki)

Dziś godzinie 17:00 byłam na szczepieniu ze swoją 20-miesięczną córeczką. Pani, która robiła trzy wkłucia dziecku była niezwykle opryskliwa, nerwowa, krzyczała na nas, jakby płacz dziecka był najgorszym przewinieniem w ośrodku zdrowia. Zaznaczę, że obecnie jestem w ciąży, przyszłam na szczepienie wyjątkowo bez męża, było mi więc  trudno samej z dzieckiem, które bało się (co przecież naturalne u maluchów), krzyczało i wyrywało. To był dla mnie spory stres.

Jak dotąd niejednokrotnie już byłam z dzieckiem zarówno na szczepieniach jak i np. w prywatnych laboratoriach, by wykonać morfologię krwi. Za każdym razem osoby, które się nami zajmowały, były wyrozumiałe na emocje i strach malucha, wymyślając przeróżne sposoby, by sprawnie np. wpić się igiełką w malutkie ciałko. Naprawdę, wystarczy odpowiednie podejście i trochę empatii.

Natomiast w Państwa ośrodku ze strony pielęgniarki szczepiennej słyszałam tylko pretensje: „czego się drzesz, dzieciaku, nie ma żadnego powodu!”, „TO NIC NIE BOLI, BEZ PRZESADY!”, „proszę trzymać dzieciaka, tak to ja nic nie zrobię, masakra!”. Co najgorsze, ta pani w momencie kulminacyjnym swojej złości wyrwała mi też dziecko z rąk, szarpiąc płaczącego malucha, by zaprezentować mi, jak z siłą powinno się go unieruchomić. Nie chcę już wspominać, jakiego szoku doznało moje dziecko, szarpane przez obcą, znerwicowaną kobietę. To była zwyczajna przemoc, na którą nie byłyśmy gotowe w nowoczesnej placówce, w XXI wieku.

Jestem naprawdę zasmucona. Dorośli powinni rozumieć, że niespełna dwuletnie dziecko nie radzi sobie z emocjami, ma prawo płakać i się bać. Ale gdy nad swoimi nerwami nie panuje osoba, która pełni odpowiedzialną rolę podawania szczepionek, to coś jest nie tak. Bardzo proszę o wiadomość zwrotną, czy można jakoś naprawić taką sytuację, ponieważ jako dziennikarka i osoba zaangażowana społecznie martwię się o inne dzieci i ich rodziców, którzy w przyszłości będą miały styczność z tą panią”.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Dlaczego w porę zabrakło mi ciętej riposty? Wczorajsza sytuacja nie sprzyjała myśleniu – krzyk dziecka, wrzaski pielęgniarki, ja cała mokra ze stresu i zmęczenia. Złożyłam skargę, ponieważ nie godzę się na takie traktowanie dzieci. A wczoraj po raz pierwszy zobaczyłam i poczułam namacalnie, jak okrutni bywają dorośli wobec słabszych od siebie. W dodatku chodziło o moje własne dziecko. W pewnym momencie w tamtym gabinecie byłam już o krok od rzucenia się na tę kobietę i rozszarpania jej tętnic własnymi zębami.

Wściekłość matki :)