nieCodzienność

Ciąża a zwolnienie lekarskie – wrzuć na luz dokładnie wtedy, gdy jest ci wygodnie!

(Edit: ciąża numer dwa w trakcie, a ten wpis nadal bardzo na topie!)Praca, czyli istotny składnik dobrego samopoczucia zaraz po podstawowych potrzebach życiowych… to dzięki niej masz kopa, by codziennie rano wstać, bo za chwilę trzeba wyprowadzić psa, zrobić śniadanie… 

…umyć włosy, przygotować ubranie, nałożyć makijaż, potem wyruszyć, by kolejne minuty odstać swoje w ulicznych korkach… tak, przez wiele ostatnich miesięcy myślałam, że ta właśnie rutyna jest mi do szczęścia niezwykle potrzebna. Bez codziennego kontaktu z ludźmi, żartów, ploteczek z koleżankami w kuchni pracowniczej dzień wydawał mi się niepełny, coś w nim nie grało. Potem ten wyczekany powrót do domu – zakupy, obiad… standardowy dzień chyba większości pracujących ludzi. Niby zwykły, a tak cholernie do spełnienia potrzebny.
Napędzałam się właśnie taką codziennością, tym, że wieczorem mogę opowiedzieć K., co się u mnie wydarzyło, co nowego w pracy. Nie chciałam być nudna, nie chciałam życia, w którym jedynym wydarzeniem dnia był fakt, że sąsiad z dołu zagadał do mnie lub do mojego psa, albo że otworzyłam drzwi listonoszowi. Tylko zaraz, zaraz? Dlaczego niby to właściwie miałoby sprawić, że będę nudna? Problem siedział w głowie, musiałam go solidnie przepracować. Po drodze pojawiła się ciąża. Mój lekarz, bardzo serdeczny facet, powiedział, że jeśli chcę, mogę iść odpoczywać już od pierwszego miesiąca. Odmawiałam mu przez wiele kolejnych wizyt.
– Przecież muszę wychodzić z domu, potrzebuję rozmów, ludzi, obowiązków – bez tego zwariuję – mówiłam K.

ciąża zwolnienie lekarskie
Gdzieś tam każdego dnia słyszałam też pytania: To kiedy pójdziesz na zwolnienie? Oraz pojawiające się od razu po nich sugestie: „bo ja to poszłam w 1/2/3/4/5/6/7/8/9 miesiącu, tak było najlepiej”.
Tylko że mnie nie interesowało, kiedy ktoś inny poszedł, wiem, że nie warto brać tego do siebie, wywoływać w sobie wyrzutów sumienia, obwiniać się: pójdziesz na wolne za wcześnie, w pracy będą krzywo patrzeć, pójdziesz późno: stracisz ten cenny czas tylko dla siebie… A przecież najważniejsza jestem tu ja oraz moje dobre samopoczucie!
Wiedziałam tylko, że zwariuję w czterech ścianach mieszkania, dlatego w ciąży chodziłam do redakcji nad wyraz ochoczo. W międzyczasie wyrabiałam sobie własne zdanie o tym, kiedy faktycznie powinnam skorzystać ze zwolnienia i pójść na wakacje życia.
Jedne życzliwe kobiety chwaliły się, że „one to na porodówkę prosto z roboty jechały, nie były na zwolnieniu ani dnia”, inne, że „jak tylko się o ciąży dowiedziały, to już wrzucały na luz z pracą”. Nie chciałam być żadną z nich. Szanuję decyzje innych, ale nie odnoszę do własnego życia. Dla mnie skrajności są złe – kobiety, które pracowały do ostatniego dnia być może potem żałowały, że nie skorzystały z tego czasu tylko dla siebie, aby wyspać się, zwolnić, poczytać książki, uwić gniazdko. Te natomiast, które odeszły szybko… cóż, czy nie nudziły się w domu przez te wszystkie długie miesiące? Jedna sprawa jest tu jednak najważniejsza – to nie ja, a one mają być z tym szczęśliwe. Jeśli marzyły o chilloucie od pracy już w pierwszym miesiącu ciąży i wreszcie mogą to pragnienie spełnić – wspaniale!
Zapominam jeszcze o jednym, wiem… w tym wszystkim najważniejsze jest zdrowie – ono w głównej mierze jest czynnikiem decyzyjnym, jeśli nie dopisuje – faktycznie, ja bym się nie zastanawiała ani chwili. Gdybym na przykład ciężko pracowała fizycznie – także poszłabym na zwolnienie.

ciąża

I tak właśnie nastał u mnie 24 tydzień, czyli któraś już część szóstego miesiąca. Naraz noce stały się za krótkie, by się należycie wyspać, a majowe poranki zbyt piękne i słoneczne, by marnować je na szykowanie się do pracy i stanie w korkach. Rozmowy i ploteczki w kuchni pracowniczej również przestały aż tak pociągać… No i doszły te dolegliwości – bolące notorycznie, mimo codziennego pilatesu, plecy, dziwne duszności i słabsze wyniki badań.
Nie chciałabym, żeby ten wpis zabrzmiał: „udaję się właśnie na zwolnienie, więc wytłumaczę się światu”. Nie. Nareszcie zrozumiałam, że ja przecież nic nie muszę. Nie muszę dogadzać koleżankom, które chełpiły się tym, że na porodówkę pojechały prosto z pracy, nie muszę się tłumaczyć, że wcale nie mam ochoty podzielać ich wspaniałego losu. Nie muszę też chodzić na imprezy czy bywać. Chwilowe „wypadnięcie” z towarzyskiego obiegu zaczęło mi się wydawać czymś pięknym. Och, odmawiam przyjścia do kogoś na grilla? To straszne! Nie przyjadę 200 km autobusem na imieniny cioci? Tragedia. Naraz priorytetem stało się dla mnie wygodne łóżko, książka, długi spacer z psem albo zdrowy obiad zjedzony na randce z K. Najprostsze sprawy dają niespodziewaną przyjemność.

FG6A3458

Chciałabym bardzo, aby wszystkie przyszłe mamy przestały ulegać tej presji, porównywaniu się. Ja, na własne szczęście, zrozumiałam dość szybko, że nie muszę być jak moja heroiczna koleżanka, która 9 miesięcy przesiedziała za biurkiem (jak mówią znajome dziennikarki „Oskara i tak nikt jej za to nie wręczył”), nie muszę się porównywać z innymi babkami na to, ile przytyły (z wagi nie korzystałam już z miesiąc – tylko dlatego, że pięknie się teraz czuję i nie chce tego przekładać na kilogramy). Nie mam ochoty rywalizować w czymkolwiek.
Postuluję, by postawa hedonistyczna stała się normą u wszystkich dziewczyn w ciąży. Dbajcie o swój spokój i zdrowie psychiczne. Nic nie musicie! Nikomu nic do Waszych decyzji! Oficjalnie rozpoczynam właśnie wakacje życia. Nigdy wcześniej, tak jak teraz nie było mi wspaniale i beztrosko. Problemy i troski? Przyjdą niebawem i pewnie będą trzymać mnie w garści przez całe matczyne życie. Ale póki co, zarządzam chillout.

Zdjęcia: Buuba.pl

ciąża i zwolnienie lekarskie

ciążą FG6A3233