Zakazane tematy

Co myślę o ludziach, którzy nie chcą mieć dzieci?

Uściślijmy – mam na myśli pary, które otwarcie przyznają, że nie zamierzają zakładać rodziny, a nie pary, które z różnych powodów nie mogą mieć potomstwa (choć może by chciały). 

Mamy w swoim gronie dobrze wykształconych znajomych po trzydziestce, którzy otwarcie przyznają, że nigdy nie chcą mieć dzieci. Z różnych powodów – bo: a) po prostu nie znoszą bachorów, ich krzyków, brudnego domu, b) pragną wygodnego życia bez zobowiązań i trosk. To znajomi, którzy marzą po prostu o spokoju, a z dziećmi (cudzymi!) mogą przebywać co najwyżej na jakichś rodzinnych obiadkach.

Znam też dziewczyny, które, by zostać mamami, były gotowe zrobić absolutnie wszystko – łącznie z oszukiwaniem partnerów, że przyjmują antykoncepcję. True story! Znam pary, które latami się starają. Przeżywają tragedie poronień, utratę nadziei. Żyją od jednej wizyty u specjalisty do drugiej. Oddają wszystkie pieniądze w prywatnych klinikach, byle tylko doczekać upragnionego dziecka.

Nie dzielę ludzi na dzieciatych i niedzieciatych. Lepszych i gorszych. Kumpluję się z wieloma osobami na różnych etapach życia. Nie myślę, że jak ktoś nie przeżył ciąży, porodu i uroków macierzyństwa, to nie zna życia i w ogóle. Cenię sobie spojrzenie na świat osób bezdzietnych – bo jest świeże, nieskażone troskami i chronicznym zmęczeniem. Choć wiadomo – kiedy poznajesz nowych ludzi, którzy mają podobnie jak ty malucha w fazie „buntu dwulatka”, o porozumienie łatwiej – bo wszyscy mamy dziś podobnie ciężko. Można się z tego serdecznie pośmiać i wymienić doświadczeniami.

Mój Karlos bardzo długo nie chciał mieć dzieci. Nie jest to żadną tajemnicą. Ja miałam intensywniejsze okresy natchnienia na rodzinę, on mnie w tym wiecznie stopował. Z różnych powodów. Bo nie mieliśmy klarownej sytuacji w pracy, własnego auta, mieszkania, odłożonej kasy na różne okoliczności. Bolało mnie, że widok słodkich bobasów totalnie go nie wzruszał.
Dziś wiem, że faceci to po prostu odpowiedzialni racjonaliści, martwią się o zapewnienie bytu dziecku. Babki częściej kierują się sercem, emocjami z „tu i teraz”. Ale ten oto sceptyczny w stosunku do posiadania potomstwa Karlos totalnie przepadł, gdy urodziła mu się córeczka. Mała Oseskini totalnie owinęła go sobie wokół palca. Nawet nie wiem, jak to opisać – mój mąż nigdy nie miał tyle ciepła i cierpliwości nawet w stosunku do mnie. Dla niej rzuci wszystko. Zachwyca się nią, jakby była jedynym i największym cudem w jego życiu. I to jest piękne – ale ten ojciec musiał się w nim urodzić sam w odpowiednim miejscu i czasie.

Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że bycie mamą mnie tez bardzo zmieniło – że wcześniej byłam zimną ambitną biczą, a teraz… cóż, zrobiłam się tkliwym mięczakiem. Ubawiło mnie to, ale trudno się nie zgodzić. Typowa transformacja po urodzeniu dziecka.

Ale wracając do tematu wpisu. Co myślę o parach, które otwarcie przyznają, że nigdy nie chcą mieć dzieci?
Uważam, że są mądre. To dobrze, że wykształceni ludzie są w stanie odważnie przyznać, że rodzicielstwo nie jest dla nich. Skoro tego nie czują, trzeba to uszanować, nie komentować ani nie potępiać. Bo po co powoływać na świat kolejne niechciane maluchy, na których rodzice wyżywają się psychicznie tylko dlatego, że są, że pokrzyżowały ich plany wygodnego życia? Jest w tej świadomej bezdzietności jakaś mądrość, którą popieram i szanuję.

Ale Karlos przedstawił mi ostatnio również drugą stronę medalu. Niektórzy nasi znajomi mówią, że nie chcą mieć dzieciaków, bo zanim się je odchowa, można zwariować psychicznie – te krzyki, nieprzespane noce, cuchnące kupki, rozlane zupki, awantury na sklepowej podłodze. Wariactwo, psychoza, na którą żaden człowiek przy zdrowych zmysłach by się nie zdecydował! W takich sytuacjach jedziesz już tylko na ostatnich oparach rodzicielskiej siły i miłości.
Ale… Spójrzmy w przyszłość. Czy widzimy siebie, jako 50-cio i 60-cio latków, którzy siadają do wigilijnego stołu samotni, bez rodziny, tylko we dwoje? (albo w pojedynkę, jeśli drugie już odeszło z tego świata?). Jako ludzie, którzy nie mają tej radości z każdego przyjazdu dzieci do domu. Którzy są na tym świecie po prostu sami. Których nikt nie odwiedza w długie weekendy, nie dzwoni, żeby się poradzić w życiowych rozterkach?
A wszystko dlatego, że w pewnym momencie swojego życia nie zdecydowali się: „ok, przemęczmy się tych kilka lat w pieluchach w imię wyższego celu?”.

Nie ukrywam, bbecnie jest ciężko. Druga ciąża niesamowicie daje mi w kość. Nie mamy sił na wspólne wieczory, nie ma czasu na kino czy choćby spokojne wyjście do Biedronki tylko we dwoje. Ale wciąż mamy przed oczyma szerszą wizję – naszą rodzinę za kilka lat. Wakacje, na które będziemy jeździć. Zachwycone spojrzenia dzieci, którym pokazujemy góry, morza i egzotyczne kraje. Widzę też naszą charakterną córeczkę, która nie będzie już na świecie sama, bo daliśmy jej rodzeństwo.
Dlatego mimo że szanuję świadomą bezdzietność, myślę, że warto też spojrzeć na swoje życie za 10-20-30 lat. Czy wtedy też nie ma w nich miejsca na dzieci? Przypomnę tylko – już dorosłe i odpieluchowane dzieci ;)

Zdjęcia: Kasia Perek