Bez kategorii

Na jeden dzień usuń go z życia, a znikną presja, stres i panika…

I wcale nie mówię tu o smartfonie! Nie wiem, czy jeszcze pamiętasz czasy, gdy w kieszeni lub torebce nie nosiło się komórek. Telefony dopiero „wchodziły” do obiegu i w szkołach miały je raczej tylko bogate dzieciaki. Jeśli chciałeś wiedzieć, która godzina, nosiłeś czasomierz na przegubie dłoni, albo w razie potrzeby po prostu pytałeś kogoś o godzinę. 

Mój licealny chłopak mawiał: „szczęśliwi czasu nie liczą” – bo mimo że miał bogatych rodziców, których było stać na nowoczesne technologie, świadomie wybrał życie bez telefonu (który 12 lat temu był raczej tylko aparatem do dzwonienia i sprawdzania godziny).

Bo świadomość czasu to bardzo stresogenny element życia.

Dlaczego poranki rodziców są takie nerwowe? Bo wiedzą, że toczą walkę o każda minutę: trzeba szybko ubrać dzieci, zmienić pieluchy, nakarmić, przygotować sobie drugie śniadanie, znaleźć ciuchy dla siebie, wyjechać z domu, rozwieźć wszystkich do przedszkoli, szkół, wyrobić się na czas do pracy… To wszystko się tak nerwowo piętrzy, zerkasz na zegarek i wiesz, że nie zdążysz. A jak już nie zdążysz, to co?! W pracy będzie problem! Szef będzie krzywo patrzył. Będziesz musiał siedzieć po godzinach! Dziecko spóźni się na lekcje! Itp., itd… Odkąd sami musimy odwozić córkę do żłobka na drugi koniec miasta, nasze poranki to też nerwowe przepychanki słowne, poganianie się, boczenie się, że ktoś się spieszy, a druga osoba robi wszystko wolniej…

O dziwo nie mieliśmy takiego burzliwego poranka tylko dziś, mimo że przecież to zwykły dzień roboczy i normalnie musieliśmy być wszędzie na czas. Stało się jakoś inaczej – czuliśmy się, ekhem… zrelaksowani? W aucie złapaliśmy się nawet na tym, że rozmawiamy beztrosko o Mazurach, żartowaliśmy do dziecka, omówiliśmy wspólne plany na popołudnie. Kiedy latorośl była już w żłobku, odwiozłam Karlosa do pracy, by potem jechać do swojej redakcji. Dla odmiany nie trzasnął w pośpiechu drzwiami auta, lecąc na łeb, na szyję… a była już 8:30! (czyli oboje byliśmy spóźnieni). Dał mi całusa na pożegnanie i z uśmiechem poszedł. Wiedzieliśmy, że spóźnienie oznacza siedzenie za biurkiem po szesnastej, ale nic sobie z tego nie robiliśmy – to nie koniec świata. Nieraz trzeba było przecież coś odpracować.

Skąd więc w nas nagle taki spokój, kiedy zazwyczaj jesteśmy nerwusami? Bo tego ranka nie mieliśmy w zasięgu wzroku żadnego zegarka, czyli zapalnika kłótni.
Dlaczego? Stało się to zupełnym przypadkiem. Ostatnio córka bawiła się naszym jedynym działającym zegarem, który dotąd stał na parapecie w strategicznym punkcie domu. A tak się tym zegarem bawiła, że… wyrwała mu wskazówki, wybebeszyła mechanizm i biedak wylądował w koszu. Od wczoraj nie zerkamy więc nerwowo na parapet, ale – od czasu do czasu – w telefon, jeśli… w ogóle jest pod ręką.
Nawet nie wiesz, jakiej jakości spokój wniosło to do naszego poranka. Niby spieszysz się jak zwykle, ale ten tykający nad naszymi głowami kapo zniknął, i wszystko odbywa się na naszych zasadach. Zupełnie nieświadomie wyluzowaliśmy. Świat się nie zawali, jeśli będziemy gdzieś pół godziny później.

Magda Komsta, psycholożka, specjalistka od snu i autorka bloga wymagające.pl napisała kiedyś, że aby mama karmiąca mogła dobrze spać między karmieniami, powinna usunąć zegar z sypialni. Bo już samo spojrzenie w jego stronę, ten ułamek sekundy, w której dostajesz informację, uruchamia myśli: „Aha, jest trzecia nad ranem. Czyli do następnego karmienia mam jeszcze tyle i tyle czasu na drzemkę. Do śniadania jeszcze kilka godzin. Spałam tej nocy chyba tylko 4 godziny”. – Włącza się analiza. Mózg pracuje, zamiast się totalnie wyłączyć i oddać w objęcia morfeusza. Dlatego, gdy wstawałam w nocy do dziecka, nigdy nie chciałam wiedzieć, która jest godzina – to pomagało mi momentalnie odpłynąć po odłożeniu dziecka do kołyski.

Pamiętam, jak kiedyś umówiłam się na rodzinną sesję do fotografki, która robi niesamowite zdjęcia dzieci. Przyjechaliśmy wyluzowani, uśmiechnięci i gotowi na wszystkie polecenia. Wiadomo, dobre nastawienie i spontan są bardzo potrzebne, by zdjęcia wyszły naturalnie. Ale już na wejściu fotografka nieświadomie sprawiła, że się bardzo spięliśmy: – „Mam dla was godzinkę, także zaczynamy, żeby zdążyć przed kolejnymi klientami”. Cały czar prysnął, bo zrozumieliśmy, że jesteśmy jedynie zwykłym elementem jej dnia pracy. Mimo tego, że na planie zdjęciowym było naprawdę miło, czuliśmy się spięci i pod presją tykającego zegara. Atmosferę wyczuła też nasza córka, która tego dnia totalnie zbuntowała się na obiektyw i pozowała do niego… plecami.
Tyle dobrego zabija czasem w człowieku świadomość czasu i jego presja.

Jako mama wiem, że przy dziecku trudno jest coś co do kwadransa zaplanować, nie spóźnić się na spotkanie – bo ZAWSZE, ale to zawsze wydarzy się coś, co cię zatrzyma. Mokra pieluszka, zalana bluzeczka, awantura o ciasteczka, które się skończyły. Wyjścia są dwa – wkurzać się na wszystkich dookoła i miotać piorunami, albo się z tego śmiać. Brak zegara nad głową bardzo pomaga.

Wydaje mi się, że ostatnio najbardziej odpoczywam nie tylko, gdy jestem offline. Ale gdy nie mam w głowie świadomości czasu – nie spieszę się, nie boję karcących spojrzeń ludzi. Wiadomo, kiedy się jest aktywnym zawodowo, takiego relaksu bez zegarka nie można sobie zafundować w środku tygodnia. Przecież na bank się gdzieś bez niego spóźnimy. Ale w weekend, gdy nie mamy żadnych poważniejszych zobowiązań? Polecam spróbować! Ta niewiedza jest magiczna!

Fot: Buuba.pl, Pikolina