Zakazane tematy

Twoje dziecko też kiedyś może zostać milionerem. Wystarczy, że nauczysz je TEGO

To artykuł, który wymagał odwagi. Mój K. twierdzi, że patrząc na stan naszego konta, gdy to ja zarządzam wydatkami, w ogóle nie powinnam się w takich kwestiach publicznie wypowiadać. Nie ma racji! 

Ten wpis musi mi i Wam pomóc skłonić się do refleksji. Nie oszukujmy się, mało kto z nas otrzymał w domu edukację finansową – jeśli rodzice nie byli obrotnymi przedsiębiorcami, dziecku trudno było bez obserwacji na żywym organizmie nauczyć się zaradności finansowej czy oszczędzania. Podejście dorosłych było raczej takie: „kiedyś w życiu będzie zarabiać, to się nauczy obracania pieniędzmi, teraz niech zostawi to dorosłym”.
A szkoła? W niej w dalszym ciągu pieniądze to abstrakcja, która pojawia się jedynie gościnnie na zadaniach z matematyki.

Pamiętam doskonale większość lekcji matematyki, na których siedziałam w stresie w obawie przed tym, że za chwilę mogę zostać wywołana do tablicy. Nieważne, czy to gimnazjum, czy liceum – umysłem ścisłym nigdy nie byłam, dlatego z matmy miałam po prostu gorsze oceny. Pamiętam również nauczyciela, który w ostatnich latach liceum szczególnie uwziął się na mnie i moją przyjaciółkę. Na sprawdzianach dawał nam np. 10 i 2/3 punktu, a ta brakująca jedna trzecia dzieliła nas od upragnionego zaliczenia klasówki. Żyłyśmy w ciągłym stresie przez te jego ułamki punktów.

Dziś, gdy od niemal 11 lat nie mam styczności z algebrą, ułamkami, geometrią i funkcjami zastanawiam się, ile wyniosłam z tamtych lekcji. Szczerze? Całe nic. Została tylko trauma psychiczna (której nie życzę żadnej nastolatce) i wspomnienie cynicznego uśmieszku tamtego nauczyciela.

Czego powinna, a nie uczy dzieciaków szkoła i nauczyciele matmy? Ano tego, co potem oczywiście potrzebne w życiu najbardziej: zaradności. Prowadzenia budżetu domowego, zarządzania własnym mini przedsiębiorstwem, cierpliwego oszczędzania, tego ile np. kosztuje kredyt na mieszkanie. Czy naprawdę potrzebna nam była wiedza o pochodnej trzeciego stopnia, całkach, silni i innych abstrakcyjnych dla większości ludzi rzeczach?

W dorosłe życie wkroczyłam bez minimalnych zdolności zarządzania pieniędzmi. W domu nie dostawaliśmy regularnego kieszonkowego, a jako młoda dziewczyna raczej nie dorabiałam, by mieć własny grosz. Gdy od czasu do czasu dostawało się kasę z okazji świąt lub urodzin, w euforii wydawało się ją na głupoty, tak na hurra. Dopiero wyjazd na studia studia, dorosłe życie, małżeństwo, własny budżet domowy i uniezależnienie się od rodziców pokazały, ze zarządzać lub mądrze oszczędzać nie potrafię. Czy za to kogoś obwiniam? Oczywiście nie, bo ani pokolenie moich rodziców, ani moje, ani jak widzę te młodsze wcale nie otrzymuje w szkole edukacji finansowej. Na zadaniach w podręcznikach matematyki pieniądze oczywiście istnieją, ale jako jakiś abstrakcyjny twór. W szkole nikt (lub prawie nikt) kilku- i kilkunastolatkom nie tłumaczy, czym jest popyt i podaż, inflacja, ZUS, VAT, czy firmowy budżet.

Dlaczego tak ważne jest, by już kilkulatków uczyć pieniędzy? Bo trzeba dać im szansę i okazję do popełniania błędów finansowych od najmłodszych lat. Niech popełnia je na kwotach kilku-, kilkunastozłotowych, ewentualnie nieco większych. Potem, gdy w dorosłym życiu dostanie pierwszą wypłatę, z łatwością zaplanuje wszystkie wydatki, zamiast wydać całą kasę np. na PlayStation.

Dziś sama jestem osobą rozrzutną, która nie potrafi docenić pieniędzy, a tym bardziej planować zarządzania nimi w czasie.

Wiem jednak, że swoje córki mogę już nieco mądrzej pokierować. Że już dwu- i trzyletnie (!) dziecko można wprowadzać w tajniki edukacji finansowej – przez zabawę, ale jednak. Jako świadomy rodzic zaczęłam sama się w tym temacie edukować – w internecie jest mnóstwo mądrych podcastów (nagrywanych np. przez finansistów, którzy edukują rodziców lub nauczycieli w szkołach itp. – np. genialna Godmother) oraz artykułów napisanych przez przedsiębiorców, którzy od najmłodszego uczyli swoje dzieci szacunku do pieniędzy.

Okazuje się, że to, czego nie nauczono większości z nas, my możemy wpoić swoim dzieciom:

– Pokazuj, że cierpliwość w oszczędzaniu jest ważna. Oczekiwanie na coś, proces odwleczony w czasie uczy cierpliwości i szacunku do dóbr, które dostajemy za pieniądze. Od małego ucz go, że nie musi mieć czegoś od razu ani określać swojej wartości poprzez posiadane przedmioty. Za kilkanaście lat zaatakuje go agresywny świat reklam, w którym NA RATY może mieć wszystko tu i teraz – czy chcesz, by to właśnie od długów zaczynał swoje dorosłe życie?

– Poproś kilkulatka (jeśli wiesz, że jest już na to emocjonalnie i intelektualnie gotowy), by poszedł do sklepu po jakąś rzecz, policzył pieniądze, poczekał na resztę.

– Pokaż, że wasz domowy budżet jest jak tort: narysuj go – ta część idzie na jedzenie, ta na zabawkę, ta na kino, ta na nowe buty. Pozwól dziecku wpisać coś do budżetu.

– Kieszonkowe: uczy zarządzania tygodniowego, miesięcznego. Ale nie mogą to być pieniądze dawane bez celu: „Masz tu 20 zł i kup sobie co tam chcesz”. Mądre kieszonkowe to część z budżetu domowego, którą i tak przeznaczyłbyś na dziecko. Możesz na przykład dać mu działkę pieniędzy, którą i tak wydałabyś na jego piórnik i przybory szkolne. Powiedz, żeby samo poszło do sklepu, przeanalizowało ceny i produkty i sobie te potrzebne rzeczy kupiło. Resztę może wydać np. na słodycze. Takie kieszonkowe daje dziecku możliwość mądrego obcowania z pieniędzmi, wyszukiwania promocji, kombinowania, jak zaoszczędzić.

– Eksperyment: w supermarkecie daj dziecku 10 zł i poproś o kupienie trzech dowolnych rzeczy: analizuj, co dziecko wybrało, razem przeczytajcie paragon: VAT itp.

– Miej w domu namacalne pieniądze i pokazuj je dziecku. Nie mogą być abstrakcją ani czymś, co z taką łatwością wyskakuje ze ściany wypłacającej banknoty;)

– Skarbonka w domu. Tylko jaka? Eksperci radzą, że powinna być otwierana, a nie taka, którą trzeba zbić, gdy chce się wyciągnąć pieniądze. Dlaczego? Bo w skarbonce chodzi nie o nazbieranie na jakiś cel, ale o ćwiczenie samej umiejętności oszczędzania. Z otwartej można coś wyciągać – a to uczy opierania się pokusom i nauki oszczędzania na własnych błędach w drodze do celu.

Nie trzeba być mistrzem oszczędzania ani finansistą, by takie podstawy od małego przekazywać maluchom.  Ja nie jestem, słabo radzę sobie z finansami, ale jako dorosły i tak mogę wiele nauczyć swoje córki.  Prosty przekaz, który od małego trzeba dawać dzieciom? Oszczędzanie jest miłe i przyjemne, prowadzi do sukcesu. Dziś ten nasz mały człowiek zaoszczędzi na zabawkę za 20 zł, jutro na duży samochód. Bo „nawet dwulatek na początku swojej drogi ma potencjał na milionera”!

Zdjęcia: Pikolina