nieCodzienność

Pierwsze miesiące dziecka w żłobku – jak je przetrwać oraz co może cię totalnie zaskoczyć?

Drogi pamiętniczku. Osesek już od kilku miesięcy chodzi do żłobka, pora więc, by podsumować ten ciekawy czas i podzielić się skrytymi matczynymi przemyśleniami. Być może są tu inni rodzice, którzy albo żłobek rozważają, albo np. są w okresie adaptacji, który naprawdę… ssie. 

To, przy czym jest najwięcej bólu i wątpliwości… Okres adaptacji. U nas trwał około trzech tygodni i Bóg mi świadkiem, każdego ranka, wioząc małą do żłobka płakałam w głos razem z nią i czułam się najgorszą matką świata. To były dni, kiedy nasz maluch wył wniebogłosy już na skrzyżowaniu kilkaset metrów od budynku placówki. Nie byłam w stanie spokojnie pracować, chodziłam rozbita i każdego dnia mówiłam sobie: ok, jeśli jutro też nam będzie tak ciężko, po prostu zrezygnujemy i sama będę się opiekować dzieckiem w domu. Ciągle o krok od totalnego poddania się. Na szczęście nie wiem jak, nie wiem, kiedy, wszystko uległo nagłej poprawie. Maluch zaczął się z rana chętnie ubierać i spacerować do auta, ja stałam się bardziej spokojna… Moja rada na ten mega ciężki czas? Zawsze mów dziecku, że po nie wrócisz (tylko nie 20 razy w ciągu jazdy autem, bo na bank wyczuje w tym coś niepokojącego). Nam pomogła też rozmowa o telefonie: mówiłam małej, że mama ma przy sobie komórkę – a w żłobku na parapecie też leżą telefony – tłumaczyłam, że może do mnie zadzwonić, gdy będzie chciała już wracać i wtedy na pewno przyjadę. Niby malutkie, bo nawet nie dwuletnie dziecko, ale zrozumiało. To nam pomogło. Natomiast psychice matki pomoże na pewno nawiązanie bliższej, serdecznej relacji z którąś z pań opiekunek. Ja znalazłam dla siebie panią Wiolę – dobrego ducha placówki, który rozumiał wszystkie moje obawy, każdego dnia wysyłał fotki dziecka MM-sem, zdawał relację na messengerze, co malutka dziś robi i jak się odnajduje. Słowa, które bardzo nam jako rodzicom pomogły? „Proszę państwa, to, że dziecko w czasie adaptacji płacze, to normalne. Dziwne i niepokojące byłoby, gdyby się cieszyło, że rodzic odchodzi lub gdyby w żłobku czuło się bezpieczniej niż w domu”.

Zmiany, jakie zachodzą w dziecku? Zaobserwowałam wiele „postępów”, których jakoś jako rodzice nie mogliśmy wypracować w domu. Osesek, o ile jeść kocha, o tyle niektórymi potrawami (np. mięsem i marchewką) stanowczo gardził. Po prostu nie było sposobu, by podać mu np. makaron z jakimś sosem czy choćby poduszonego kotleta wmieszanego w ziemniaczki. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia pani Wiola powiedziała mi, że Osesek je za dwóch, przy czym uwielbia kotlety, spaghetti i zupki z warzywami, które zjada do ostatniej łyżki. Nie wierzyłam, musiałam dopytać i się upewnić. Moje dziecko. KOTLETY? …taka jest magia żłobka!

Jako mama marząca o robieniu córce kucyków też straciłam już na to nadzieję – nasza młoda dama dała nam bana na dotykanie jej włosów. Nie wchodziło w grę ani czesanie, ani spineczki, a co dopiero jakiekolwiek gumki… Jakie więc było moje zdziwienie, gdy odbierałam Oseskinię ze żłobka, a moim oczom na jej głowie ukazywały się kolorowe kucyki (nawet nie jeden!!!) i spineczki! Pani Wiola znów tym swoim spokojnym tonem oznajmiała: „Ale przecież mała bardzo lubi się czesać!”. :D

Co jeszcze daje żłobek? Jako rodzic uczysz się wielkiego szacunku do pań opiekunek. Jeśli myślisz, że wybranie się z własnym dzieckiem na spacer, nakarmienie go obiadkiem, przewijanie lub wreszcie… usypianie jest trudne, polecam wizyty w żłobku. Moje ciążowe L4 pozwala mi wpadać do naszej placówki o różnych porach dnia i naprawdę, chylę czoła przed każdą panią, która jest w stanie położyć spać… UWAGA – dziesiątkę żywiołowych dwulatków naraz. I te dzieci, nauczone już rytuałem, naprawdę zasypiają. Albo wychodzenie na spacer… spróbuj nałożyć buciki, czapeczki, sweterki dwunastce rozbrykanych maluchów! Ale są na świecie kobiety cudotwórczynie o anielskiej cierpliwości, które to potrafią – to opiekunki ze żłobków i przedszkoli.

Żłobek sprawia też, że poznajesz własne dziecko z zupełnie innej, społecznej strony. Uwielbiam przyjeżdżać po małą trochę wcześniej, wejść do sali niepostrzeżenie i patrzeć, jak mój maluch odnajduje się w stadku innych dzieci. Panie opiekunki też dorzucają ciekawe spostrzeżenia: ponoć Osesek lubi WSZYSTKIE dzieci, z każdym się dogaduje, ale też… stanowczo pilnuje swoich zabawek i twardo mówi „NIE”, gdy coś mu nie pasuje. Kiedyś nawet między moją dwulatką a innym chłopcem wywiązała się bójka. Odbierałam swoje dziecko z lekko… podbitym okiem. Przeżyłam tego dnia szok podwójny, bo gdy tak patrzyłam na swoją córkę, pani opiekunka przyprowadziła do mnie wspomnianego chłopczyka również… z podbitym okiem! Widać nasza dziewczynka nie lubi pozostawać dłużna – oficjalnie tego oczywiście nie pochwalam;) To są takie pierwsze niuanse i drobiazgi, które pokazują, w jakim kierunku kształtuje się charakter dziecka -czy umie się obronić, walczyć o swoje, mówić „nie”, gdy ktoś narusza jego przestrzeń. Ostatnio pękałam z dumy, gdy pani dyrektor żłobka z uznaniem powiedziała o Oseskini, że to dziecko wyróżniające się na tle grupy, taka „przebojowa liderka”. Ile w tym prawdy, a ile chęci poprawienia mi humoru, nie wiem, ale na pewno każdemu miło jest słyszeć dobre rzeczy o swoim dziecku.

Choroby. Ten wpis tworzę właśnie w czasie drzemki Oseska. Znów jest chora i została w domu. Jeśli zerknąć na terminy wizyt u naszego pediatry, choruje średnio raz w miesiącu przez 2-4 dni – wirusówki, przeziębienie, jelitówka. Ale tłumaczymy to sobie, że inaczej się wśród małych dzieci nie da. Owszem, mogłaby siedzieć w czystym domu przez kilka lat, ale potem w przedszkolu czy pierwszej klasie i tak musiałaby te wszystkie dziecięce choroby przejść. Jeśli jest inaczej, wyprowadźcie mnie z błędu.

Żłobkowych przemyśleń mamy wiele. Na pewno mega cieszymy się z tej socjalizacji malucha. Każdego dnia wydaje się coraz starsza, bardziej otwarta na świat i radosna.

Owszem, moglibyśmy wybierać w ofercie prywatnych żłobków (na „przydział” do państwowego to nawet nie liczyliśmy, czas nas za bardzo gonił) – jedne mają monitoring, inne zajęcia dodatkowe z programowania i nietypowych języków, jeszcze inne – kadrę z imponującym wykształceniem zdobytym na zagranicznych uczelniach. Fajnie, gdyby żłobek był też blisko miejsca zamieszkania (my mamy dosyć daleko). Ale wiecie, co powinno być kluczowe? Zadowolenie dziecka. Nie wiem, jak nasz żłobek plasuje się w rankingach, w internecie nie ma zbyt wielu opinii na jego temat. Kluczowe jest natomiast to,  że Oseskini czuje się tam świetnie. Uwielbia tamtejsze dzieci, jedzenie, ufnie podchodzi do pań opiekunek. A szczęśliwe dziecko to dla każdego rodzica powinien być najlepszy wyznacznik świata.

Fot. Pikolina