nieCodzienność

Spowiedź dłużniczki

Dziś temat pieniędzy… ku przestrodze, ale i pokrzepieniu serc. Może Wy też macie problemy finansowe, pomimo tego że nieźle zarabiacie. Czasem wystarczy kilka złych decyzji, by popaść w długi. Ten post wskaże Wam kierunek, jak się ogarnąć z wydatkami. 

Opowiem Wam swoją historię – nie jest mi łatwo tak otwarcie się do tego wszystkiego przyznać, ale ten tekst będzie terapią oczyszczającą.

Doświadczenia dzieciństwa i młodości

Kiedy jako dziecko nie dostajesz regularnie kieszonkowego, nie masz możliwości dorobienia u kogoś jako podlotek, to przy pierwszej lepszej okazji obcowania z pieniędzmi po prostu popełniasz błędy – wydajesz je na hurra. Nie patrząc na to, że sytuacja wymaga np. najpierw opłacenia studenckiej stancji czy obiadów, wydajesz kasę na nowe ciuchy albo laptopa. A jeszcze lepiej, gdy mając 18 lat zdasz sobie sprawę z cudownej instytucji rat – wtedy już możesz mieć niemal wszystko tu i teraz. To co, że realnie Cię nie stać. Kupujesz, bo jako młody pełnoletni człowiek ulegasz tej modzie na konsumpcjonizm i na marketingowe slogany „musisz to mieć!”. Tak właśnie pod względem finansów wyglądało moje życie jako młodej dziewczyny – byłam rozrzutna, śmiałam się z tego, że „forsa się mnie nie trzyma”, wydawałam wszystko na ciuchy (bo np. ulubione blogerki coś pokazały na IG – i już czułam, że muszę po to biec do sklepu), kosmetyki mniejsze lub większe wycieczki. Inni mogą? Ja też tak chcę! Wszystko w moim życiu układało się pod to motto:

„Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie posiadamy, po to żeby zaimponować osobom, na których nam nie zależy”.

Pieniądze i długi w naszym małżeństwie

A potem wyszłam za mąż za fajnego, mądrego gościa. On z domu, w którym rodzice może nie zarabiali przesadnie dużo, ale zawsze byli gospodarni i oszczędni. Na tyle, by móc wspierać trzech synów zastrzykiem gotówki np. na studia, przy kupnie samochodu, mieszkania czy domu. Karlos miał więc dobry przykład, jak żyć oszczędnie, odkładać i być gospodarnym. Ale niestety, trafił na taką partnerkę jak ja. O ile w miłości układało nam się dobrze, o tyle w kwestiach kasy i zarobków zawsze się kłóciliśmy, bo ja chciałabym żyć ponad stan – kupować, wyjeżdżać, a on wolał wydawać racjonalnie. Dziś wiem, że swoimi głupimi wydatkami przez ostatnie lata zwyczajnie ciągnęłam nas w dół. Nasze zarobki z upływem lat stawały się coraz większe, ale to na nic, gdy taka osoba jak ja po prostu bezmyślnie je trwoniła. Gdzieś po drodze wyskoczył nam duży wydatek i założyliśmy kartę kredytową – a jak wiecie, taki instrument nie powinien trafiać w ręce osób, które kasę wydają impulsywnie. W ten sposób narósł nam pierwszy dług – może nie duży, ale potem już każdego miesiąca bardzo obciążał domowy budżet. Decyzja o kredycie hipotecznym na mieszkanie także pochłania ponad tysiaka każdego miesiąca. A mój zaległy kredyt studencki? Będzie się za mną ciągnął jeszcze dwa lata. Zarabiamy sporo jak na nasze miasto, ale połowa kasy idzie na spłatę długów. Paradoks tej sytuacji? Karlos na co dzień (jak to mówią w ich śmieszkowym żargonie) „dojeżdża dłużników” jako radca zatrudniony w dużej firmie windykacyjnej. Widzi więc to wszystko z dwóch stron. Zawsze też z wielkim niepokojem zerkał, gdy brałam kartę kredytową „bo przecież trzeba zrobić zakupy do domu” – na szczęście jego żona za chwilę miała przejść cudowną przemianę.

kurtki zimowe męskie

Mam 30 lat i… wciąż żadnej motywacji do oszczędzania pieniędzy

Co dalej z moją historią? Oczywiście od czasu do czasu przychodziła refleksja – „Judyta, weź się w garść, zacznij oszczędzać, przestań latać po sklepach i galeriach, bo koleżanki tak robią lub dla poprawy humoru!!”. Ale to były tylko przebłyski. Brakowało silnego bodźca. Czasami w internecie zamajaczył mi blog Jak oszczędzać pieniądze i Michał Szafrański, jego charyzmatyczny autor – ale wciąż brakowało solidnego kopa, by wziąć się w garść. Oczywiście, słyszałam o Michale i cudach, jakie poczynił w życiu finansowym Polaków. Kiedyś nawet poznałam go osobiście w wielkim tłumie blogerów na Blogowigilii. Mój główny problem? Brakowało mi czasu i motywacji, by… wnikliwie czytać długie artykuły na jego blogu. To naszpikowane ciekawymi danymi, historiami i fachową wiedzą teksty (np. o budżecie domowym), ale zawsze zdawało mi się, nie jest z naszymi finansami tak źle, by wprowadzać jakieś radykalne cięcia wydatków czy szukać finansowych porad.

Moment zwrotny

Aż pewnego dnia, czytając lokalne wiadomości, trafiłam na wywiad z Michałem, który właśnie odwiedził mój rodzinny Białystok przy okazji promocji swojej książki. W kilkuminutowej rozmowie z dziennikarzem wspomniał, że stworzył bezpłatny kurs wychodzenia z długów, który pomaga ludziom wyjść na prostą. Ponad dwadzieścia lekcji do słuchania, z czego każda trwa zaledwie kilka minut. To do mnie przemówiło – zarejestrowałam się i odpaliłam pierwszy mini wykład. To był kosmos – bo przemówił do mnie głos silnego i zdecydowanego (by mi pomóc) faceta. Specjalisty od finansów, który najpierw wszedł w moją psychikę (emocje i motywacja są kluczowe w wychodzeniu z długów), a potem podał na tacy szczegółowy plan, jak zarządzać domowym budżetem i szukać dodatkowych źródeł dochodu. Ale o kursie za chwilę.

Samotność ukochanej osoby

Co bolało i motywowało mnie najbardziej? Chyba ten fakt, że niestety Karlos zawsze był w tym sam – to on wnikliwie analizował nasze finanse. Od czasu do czasu z przerażeniem zaglądał na konto, patrząc na historię moich impulsywnych szaleństw: tu 100 zł w Rossmannie, tam 90 wydane w Pepko lub na Allegro. Zawsze, gdy na monitorze widziałam stronę logowania do mBanku, cichaczem wychodziłam z pokoju, żeby przy tym nie być, nie oglądać, nie czuć się głupio. Z jednej strony wstydziłam się i nie lubiłam jego uwag o mojej rozrzutności, a z drugiej – no cholera, nie umiałam oprzeć się codziennym pokusom.

Jak pieniądze przepływały nam przez palce?

Przede wszystkim to ja nas rujnowałam (a jednym z elementów lekcji u Michała jest przyznanie się do błędu, wyciągnięcie głowy z piachu – rozliczenie się z przeszłością pomaga iść dalej) i przyznałam się do tego głośno. Wiedziałam, ile (mniej więcej) zarabiamy, ale dokładną kwotą, ile wydajemy nie interesowałam się. Coś mi tam tylko świtało, że każdego miesiąca Karlos spłaca kartę kredytową plus raty za mieszkanie czy sprzęty – to wszystko było na jego głowie. Taki był po prostu nasz układ – ja zajmuję się domem, zakupami, a on rachunkami. Żyłam więc w błogiej nieświadomości.  Przyznaję się – zawsze wynalazłam powód, by zajść do Rossmanna czy Pepko – a to koniec szamponu, a to zabrakło skarpetek dla naszej dwulatki.  Nigdy nie kontrolowałam, z iloma dodatkowymi, nieplanowanymi rzeczami wychodziłam z tych sklepów. Wydatki w tych miejscach wynosiły od kilkudziesięciu do kilkuset złotych miesięcznie. Taki tam radosny konsumpcjonizm.

Co się poprawiło po cudownej przemianie na kursie?

Po tym, jak przyznałam się przed sobą i Karlosem (a było to mega trudne i oczyszczające zarazem), że w głównej mierze to ja rujnuję nasz budżet, wreszcie usiadłam do konta bankowego z twardym postanowieniem: „koniec impulsywnego wydawania”. Wyciągnęłam głowę z piachu, przejrzałam drobiazgową historię zakupów i wydatków. Moment oczyszczenia był mocny. Największa motywacja do zmiany? Miłość – do dziecka, którego nie chcę narażać na ryzyko finansowe, dla którego chcę najlepszej edukacji; do męża, któremu było z powodu moich zachowań przykro. Pamiętam, że po którejś mojej lekcji u Michała mieliśmy wieczór, gdy płakałam i przepraszałam Karlosa, że tyle lat sam musiał dbać o rachunki, kontrolę długów, spłaty rat, łapać się za głowę, widząc historię moich zakupów. Kocham swojego męża i było mi bardzo głupio, że tak egoistycznie go w tym zostawiłam. Tamten wieczór był przełomowy w naszym związku. Karlos też przyznał, że wiele długich lat czekał na taką chwilę i w sumie… nie wierzył, że kiedykolwiek się zmienię. Przecież chyba tylko jakiś cud mógł zmienić jego żonę. Dotąd bał się, że gdy mi coś delikatnie powie/wypomni, znów stanę okoniem, trzasnę drzwiami lub oskarżę o „przemoc ekonomiczną wobec kobiety” lub o wydzielanie pieniędzy na przyjemności. Ale na szczęście wszystko zostało wyjaśnione, po otarciu łez wzięliśmy się do roboty…

kurtki zimowe męskie

Przemiana i ostry reżim finansowy
Jeden z elementów kursu to głośne przyznanie się: „ok, mamy finansowe problemy” i przyjęcie do wiadomości, że oszczędzanie nie jest żadnym obciachem, a edukacja finansowa to coś, co robimy dla bezpieczeństwa swojej rodziny – przecież bardzo ją kochamy. Najlepszy zaś argument Michała, by się ogarnąć był taki, że musimy patrzeć w przyszłość – na przykład dla naszych dzieci. Co się stanie, jeśli pewnego dnia któregoś z nas zabraknie, stracimy pracę lub dotknie nas ciężka choroba wymagająca drogiego leczenia? Nigdy nie odkładaliśmy pieniędzy na taką ewentualność…

Dlatego najpierw stawiamy na wyjście z długów i zlikwidowanie kart kredytowych, a potem – budowanie „poduszki bezpieczeństwa”, czyli odkładanie kasy na ewentualność utraty pracy itp. Tak, by kilka miesięcy do przodu nasza rodzina mogła funkcjonować bez szwanku. Kiedy już to się uda, może przyjdzie czas na bogacenie się;)

Analiza wydatków. Złapaliśmy się za głowy, jak ciężka kasa przepływa nam przez palce!

Mimo sporych dochodów, każdego miesiąca brakuje nam ponad 2 tysięcy dla „zamknięcia budżetu” i wyjścia choćby na zero. O oszczędzaniu na edukację córki czy zagraniczne wycieczki nie ma w tym momencie mowy. Ten minus to oczywiście karta kredytowa, z której głównie to ja korzystałam. Decyzja zapadła – wprowadzamy żelazny reżim finansowy. Rezygnujemy ze zbędnych przedmiotów, regularnych wyjść na miasto i obiadów poza domem. Ale nic nie dałoby się uporządkować, gdyby nie stworzenie szczegółowego budżetu domowego – czyli restrykcyjnego planu na następny miesiąc kalendarzowy (czy czas od wypłaty do wypłaty). W tabeli szczegółowo wypisaliśmy wszystkie przychody i rozpisaliśmy, ile kasy przeznaczymy w tym miesiącu na dane kategorie wydatków (np. jedzenie: dom/praca/miasto; leki; spłatę kredytów i rat; ubrania – nasze i dziecka; chemię domową itp.).

Nagle odnalazłam ogromną przyjemność w szukaniu oszczędności tam, gdzie nigdy nie zwracałam na takie możliwości uwagi. Wprowadziliśmy „plan obiadowy” na tydzień, tańsze zakupy spożywcze – robione przez internet (bo przecież w supermarkecie zawsze coś zbędnego wpadnie w oko) z dowozem do domu (po co tracić kasę na paliwo?). Zaczęliśmy nawet robić domowe obiady na 2-3 dni do przodu i mrozić jedzenie, żeby się nie marnowało jak dotychczas.

Moment największego duchowego triumfu?

Wzruszyłam się, gdy pewnego ranka przed wyjściem do pracy Karol tak niespodziewanie, sam z siebie, wyciągnął kartę kredytową z portfela i zapytał: „kochanie, chcesz dziś iść na zakupy?”. To jego absolutne zaufanie, że na pewno zadbam o mądre i racjonalne zakupy było niesamowitym szokiem, balsamem na duszę. Dawna ja rzuciłaby się na tę kartę kredytową na hurra – znów można dla rozrywki jeździć po sklepach. Ale dzisiejsza Judyta odpowiedziała mu: „Karlos, po co mi ta karta? Szczerze to nie chcę jej – wieczorem zrobimy razem zakupy spożywcze przez internet”. Totalny kosmos i nowość w naszym związku!

Kolejne sukcesy? Wyciągnęłam głowę z piasku. Wieczorem mamy zwyczaj, że we dwoje wchodzimy na konto, by zrobić analizę. Nie czuję już strachu i krępacji, że Karlos zobaczy jakieś moje głupie i nieplanowane wydatki. Bo zwyczajnie ich nie ma! Nie wychodzę z pokoju w poczuciu zawstydzenia. Razem patrzymy, co kupiliśmy, co planujemy, ile spłat rat nam zostało, ile procent kasy z budżetu domowego już wykorzystaliśmy (codziennie wpisujemy do niego kwoty z paragonów). To jest niesamowite uczucie, (jesteśmy niemal jak partnerzy w jakimś biznesie, który sprytnie wyprowadzamy na prostą) nieznane nam dotąd mimo 12 lat przeżytych razem.

Do wyjścia z długów jeszcze minimum kilka miesięcy. Ale to nic, wiem przecież, że zadłużenia nie powstały w tydzień, nawarstwiały się przez kilka ostatnich lat. Chwilę nam to wszystko zajmie, ale cieszę się, że pod wpływem kursu Michała totalnie zmieniło się nasze gospodarowanie pieniędzmi i relacje w małżeństwie. Ufamy sobie, wierzymy we wspólny cel, kochamy jeszcze bardziej – bo nawet nie znaliśmy się z takiej partnerskiej strony (Karol bardzo mnie wspiera w moich postanowieniach o byciu oszczędną – sam zrezygnował z różnych dotychczasowych przyjemności):)

Nie wiem, czy Michał to kiedykolwiek przeczyta, ale wiedzcie, że jest to gość, który odmienił nasze życie i dokonał wielkiego cudu :)

Fot. Mały Kadr, 

Pikolina