Taki Lajf!

„Dobra mama stawia siebie na pierwszym miejscu” – recenzja

Od kilku dni przymierzam się do zrecenzowania książki „Mama w sam raz. Jak wrzucić na luz i być w końcu szczęśliwą mamą” (KLIK!) autorstwa Joanny Kokoszkiewicz, mojej szwagierki. I mam małą zagwozdkę – czy przyglądać się tej lekturze z perspektywy mamy dwulatki, która rok „odsiedziała” w więzieniu mieszkania,

(i poznała wszystkie złe emocje, rozgoryczenie i poczucie, że nikt nie docenia jej pracy w domu), czy pod kątem polonistyczno-dziennikarskim (oceniając, ile w książce wartości poznawczej; jak układa się kompozycja tekstu, jaki Asia ma styl pisania). A może z perspektywy osoby z rodziny, niemal przyjaciela, który od ponad dziesięciu lat zna się z autorką i jest z nią w serdecznej relacji? Albo jeszcze inaczej – spojrzeć na lekturę pod kątem „specjalisty z wydawnictwa”, który wie, jak od środka wygląda cały proces wydawania książek, jakich autorów wydawcy pożądają, a których odrzucają? Wybieram perspektywę mi zdecydowanie najbliższą, czyli perspektywę młodej mamy, która niejednokrotnie potrzebowała pomocy, tudzież odwiezienia do psychiatryka pod koniec dnia ;)

Zacznijmy od autorki książki. Asia jest mamą dwójki dzieci (10 i 14 lat), coachem, trenerem, anglistką. Gdy wspominam jakiekolwiek z naszych spotkań – gdy miała jeszcze malutkie dzieci, czy też później, na pierwszy plan wysuwa się jej stoicki spokój, empatia i cierpliwość. Nie wiem, jak osiągała taki zen przy dwójce, w dodatku mając bardzo zapracowanego, nieobecnego od rana do wieczora męża. Gdyby w książce nie przyznała się, że i ona ponosiła liczne porażki wychowawcze, w jej podwarszawskiej wsi chyba postawiono by jej pomnik Matki ostoi spokoju.

Autorka „Mamy w sam raz” była już w różnych miejscach kobiecej kariery – najpierw 10 lat ambitnej pracy w korporacjach, potem x lat (nie wiem, ile dokładnie, ale na pewno nie był to rok czy nawet cztery lata) w domu z maluchami, a teraz, gdy odnalazła swoją pasję, śmiało podbija świat i robi karierę w roli coacha mam, prowadząc warsztaty i sesje indywidualne. Spełnia swoje (chyba zaniedbywane przez lata) marzenia i pasje, co jest cudowne.

Co z lektury książki „Mama w sam raz…” można wyciągnąć dla siebie, gdy jesteś rodzicem? Przede wszystkim praktyczne narzędzia do walki z własną frustracją, atakami złości, z wyrzutami sumienia, gdy nie wszystko wychodzi tak, jak chcesz. Najlepsze smaczki mam dla Was spisane w punktach – polecam głośną lekturę z partnerem – faceci też tego potrzebują! Główna zaleta książki? Pomocne ćwiczenia dla umysłu, medytacje, praktyczne pomysły na radzenie sobie z trudnymi emocjami – lektura działa trochę jak sesja indywidualna z trenerem personalnym. Nie znajdziecie tego w licznych publikacjach o modnej tematyce nieidealnego macierzyństwa. Oto najciekawsze punkty książki:

1) Dziecko, niezależnie od wieku ma trzy główne potrzeby: potrzebę miłości, bezpieczeństwa i wolności – ale by móc mu to wszystko dać, sama potrzebujesz w pierwszej kolejności zadbać o siebie. Jak pisze Asia, z „pustego dzbana nie nalejesz do kubeczka potrzeb swojego dziecka”. Jeśli nie poświęcasz czasu samej sobie, dajesz zbyt mało prawa do rozrywki (bo „dzieci zawsze na są pierwszym miejscu”), to nie masz jak dzielić się z kochanym maluchem (i partnerem) dobrą energią. Bo jej w tobie po prostu brakuje. Asia podpowiada, jak małymi kroczkami i każdego dnia dbać o własny dobrostan.

2) POSTAW SIEBIE NA PIERWSZYM MIEJSCU – „nie po to, by się wywyższać lub zapomnieć o dzieciach – ale po to, by kochać je jeszcze mocniej i dać z siebie wszystko, co najlepsze”. Moim zdaniem to najbardziej kontrowersyjny punkt książki. Takie rzeczy nie śniły się naszym babciom i mamom. Mam wrażenie, że mnie i moim 30-letnim koleżankom też jeszcze bardzo trudno jest oprzeć się przekonaniu, że to dziecko powinno być na pierwszym miejscu – ale idzie to ku dobremu. Cały czas w mediach społecznościowych budzą kontrowersje czy podświadomy lęk matki niemowlaków, które mimo malucha w domu potrafią wyjechać na tydzień bez dziecka (by np. odpocząć z partnerem), czy „egoistycznie” rozkręcają własne biznesy kosztem wieczorów spędzanych w domu. Pewnie potrzeba jeszcze jednego pokolenia, by kobiety potrafiły złapać równowagę między tym, co powinny oddać dziecku, a tym czego chcą dla siebie. Żadne skrajności oczywiście nie są dobre – ani totalne zapominanie o sobie (bo wszystko poświęcam maluchom), ani np. zaniedbywanie potrzeby bliskości kilkumiesięcznego dziecka („bo nie mam zamiaru rezygnować z dotychczasowego życia i jadę na tydzień w ciepłe kraje – sama!”).

Co to więc znaczy, że mamy postawić siebie na pierwszym miejscu? Chodzi o to, że dziecko pragnie, byśmy były spokojne, szczęśliwe i najważniejsze dla siebie. Dlaczego? Tu Asia stosuje porównanie do szpitala: gdy pacjent w stanie zagrażającym życiu trafia w ręce lekarza, nie wie, co się z nim stanie: pragnie tylko przeżyć. Boi się, nie zna otoczenia, nie wie, jakie leki otrzyma ani jakie zabiegi go czekają. Jest bezbronny, zdany na wiedzę i doświadczenie specjalisty. Kiedy więc ordynator odpowiedzialny za jego życie mówi mu „teraz to pan jest najważniejszy, wszystko będzie pod pana dyktando”, pacjent wcale się nie cieszy. Chciałby oddać odpowiedzialność za własne życie komuś, kto się na tym zna, kto wie, jakie decyzje podejmować, kto ma odpowiednią wiedzę, staż i doświadczenie. Komuś, kto jest wyspany i czuje się dobrze w swoim otoczeniu. W szpitalu to przecież lekarz jest najważniejszy.

Analogicznie jest w relacji rodzic – dziecko. To w rękach dorosłego leży odpowiedzialność za życie malutkiego przybysza. Dlatego podświadomie dziecko chce, abyś dbała o siebie na poziomie emocjonalnym, fizycznym i duchowym. Nie zapominaj o chwili ruchu, randce z mężem czy przeczytaniu kilku stron książki. To kumuluje w tobie dobre emocje, które przelejesz na malucha.

3) KONIEC Z WYRZUTAMI SUMIENIA!

Ciągle czujesz je, gdy planujesz zostawić rodzinę w domu i wyjść na kawę/jogę/koncert z przyjaciółką? A może szkoda Ci tych dwóch godzin w tygodniu, by skoczyć na zajęcia tańca wieczorem? „Masz wyrzuty sumienia, że robisz to dla siebie? Nie kochana, nie robisz tego tylko dla siebie. Robisz to też dla swojego dziecka i partnera”. Bo zadbanie o własny dobrostan i napełnienie własnego kubeczka potrzeb jest szalenie ważne – bez tego nie napełnisz kubeczków ani dziecka, ani męża – przekonuje Asia.

W tym punkcie mam taką osobistą dygresję. Kiedyś przeczytałam, że mama jest jak to słońce, wokół którego krążą planety – dzieci oraz partner. Gdy słońca zabraknie lub przysłonią je chmury, inne planety pogrążają się w ciemnościach. Świetnie napisane! Ostatnio doświadczyłam tego w domu – pewnego rana wstałam bardzo obolała (jak to w 9 miesiącu), byłam zła, że córka znów spała w poprzek naszego łózka, że brakowało mi kołdry, że mój facet znów przesypia alarm budzika, zamiast zbierać się do pracy (a potem wraca przez to późnym wieczorem). Złe emocje we mnie wprost buzowały. I nagle, jakby ktoś nam podmienił spokojne i radosne dziecko. Mała tego ranka miała ataki furii, nie chciała się ubierać do żłobka, wiła się z krzykiem na podłodze. Tatuś też był zły, bo nie mógł czegoś znaleźć, bo dziecko od niego uciekało i nie chciało wychodzić do samochodu. Słowem – był to koszmarny, pełen napięcia poranek. Sami potem zastanawialiśmy się, co w nas wszystkich wstąpiło – gotowi byliśmy się nawzajem pozagryzać!

Ale już zupełnie inaczej było kolejnego dnia. Rano wstałam wypoczęta – w nocy dobrze spałam, nikt mnie nie kopał po żebrach ani nie zabierał kołdry. Wieczór wcześniej obejrzałam z mężem dobry film, trzymając się za ręce. W perspektywie miałam nawet samotne zakupy w Biedronce (wakacje życia!). Z rana czułam więc totalny luz i uśmiech na twarzy – to się udzieliło domownikom. Chyba nie muszę dodawać, jak miły był to poranek. Mimo, że byliśmy spóźnieni, wyszliśmy do samochodu w ciepłej i pokojowej atmosferze, a nasza dwulatka współpracowała przy ubieraniu i śniadanku jak nigdy. Więc niech ktoś mi teraz powie, że „napełnianie kubeczka potrzeb mamy” to jakiś bełkot. Trzeba dbać o to słońce, bo ono ogrzewa planety i daje jakość ich życiu!

4) „Twoje dziecko bardziej potrzebuje uśmiechniętej mamy niż uprasowanego body czy trzydaniowego obiadu” – naucz się czasem odpuszczać. Perfekcjonizm to utopia – zawsze będzie coś, co mogłabyś zrobić lepiej.

5) Wybaczaj sobie. My matki jesteśmy przecież mistrzyniami w podnoszeniu głosu, ale i mistrzyniami w przepraszaniu. „Za każdym razem, kiedy popełnisz błąd, po prostu sobie wybacz. Nie torturuj się samobiczowaniem. Powiedz wtedy do siebie czułe słowa. Może takie, jakie mówisz do swojego dziecka, kiedy zrobi coś, czego żałuje, po nie potrafiło inaczej”. Przytul swoje własne wewnętrzne dziecko!

Książka Asi ma jeszcze kilka asów w rękawie – pomaga w radzeniu sobie z wybuchami gniewu (autorka podsuwa gotowe narzędzia i ćwiczenia), uczy jak trenować uważność; jak delegować zadania w państwie zwanym rodziną – by każdy miał swoje obowiązki, a mimo to czuł się szczęśliwy. Po te ciekawostki musicie już jednak sięgnąć same – polecam lekturę (KLIK!).