Taki Lajf!

Muszą znać Cię z mediów, aby docenić

Wydawnictwo, w którym pracowałam, jakiś czas temu zorganizowało w Warszawie wielką konferencję dla architektów, projektantów i designerów. Z moją redakcyjną koleżanką odpowiadałyśmy za panel dyskusyjny pt. „Czy muszą mnie znać, aby docenić”, w którym o promowaniu siebie w social mediach i eventach branżowych dyskutowali znani architekci i przedstawiciele świata designu. 

Na Sali Audytoryjnej Muzeum Historii Żydów Polskich padło wiele ciekawych uwag. Odniosłam też  zabawne wrażenie, że nieważne, czy to architekci, hodowcy nutrii, prawnicy, czy blogerzy – każdemu z ich reprezentatów zależy na budowaniu i umacnianiu swojego wizerunku w środowisku, jak też – nawiązywaniu kontaktów. Każdy też szuka najlepszej dla siebie drogi. Wciąż jednak jest tak, że nieważne jak wiele w swojej dziedzinie byś nie osiągnął, zazwyczaj dla ludzi, którzy cię jeszcze nie znają liczy się tylko liczba lajków na fanpage’u oraz to, w ilu programach telewizyjnych wystąpiłeś.

Naprawdę… o ile jesteś gwiazdą np. wśród architektów czy celebrytą wśród blogerów, o tyle zazwyczaj wciąż nie znają cię osoby spoza środowiska, czyli zwykli Kowalscy. Uczestnicząc we wspomnianej konferencji stałam zadziwiona, gdy do jednego z nich – gwiazdy wśród polskich architektów ustawiały się kolejki (być może mniej znanych) projektantów i ludzi z branży. Każdy chciał z nim choć kilka minut porozmawiać, zrobić sobie wspólne zdjęcie, być może umówić na kawę. A ja czułam się w tamtej chwili jak totalna ignorantka, bo akurat tego celebryty zupełnie nie kojarzyłam.

DSC_0112

Podobnie było, gdy jakiś czas temu moja szwagierka, z wykształcenia anglistka i coach podczas rozmowy zaczęła sypać nazwiskami znanymi z środowisku trenerów personalnych. Pokazywała zdjęcia, chwaliła się wspólnymi spotkaniami z tymi ludźmi. Ludźmi, którzy w swojej dziedzinie są autorytetami, a mnie, zwykłej Kowalskiej ich nazwiska nic nie mówią.

Mam takie dziwne przemyślenie, że o wartości specjalisty w danej dziedzinie decyduje jego medialność. Nie znają cię z telewizji czy gazet – to być może niewiele osiągnąłeś. Bolesne, ale prawdziwe. Czasem na przykład opowiadam znajomym „spoza internetów” o jakimś fajnym i znanym człowieku z blogosfery – jakby to było oczywiste, że go znają. Jakież jest potem moje zaskoczenie, gdy nie mają zielonego pojęcia, o kim mówię… Dziś, mimo tego, że internety stają się coraz silniejsze, wciąż dla wielu z nas wyznacznikiem sukcesu danej osoby jest to, czy bywa w mediach tradycyjnych. Szacunek wzbudza wywiad z tobą w papierowej gazecie, a największe uznanie – obecność w telewizji. Serio, sprawdziłam na sobie i kilku znajomych.

Jak dziś pamiętam, minęło dopiero dwa tygodnie, odkąd założyłam bloga, gdy odebrałam telefon z TVN-u. Pani asystentka, zajmująca się tematami do kolejnych odcinków „Miasta kobiet” zaprosiła mnie do opowiedzenia o TEJ historii. Jak mnie znalazła? Przez wyszukiwarkę Google – i raczej był to zupełny przypadek, że akurat szukała kogoś, kto opowie o naukach przedmałżeńskich, a ja wyświetliłam się jej na pierwszej pozycji. Pomijając to, że wyjazd na nagranie był świetną przygodą, najbardziej zadziwiły mnie reakcje moich (jeszcze wtedy nielicznych) czytelników. Bo dla nich właśnie najważniejsze było to, że prowadząc bloga od zaledwie kilku tygodni, już dostaję zaproszenie do telewizji:

„Widziałam Cię w TVN-ie, i powiem Ci, że ekstra wyszłaś. To prawdziwy sukces, że będąc nieznaną, początkującą blogerką ZASZŁAŚ TAK DALEKO”. 

„Świetny start w blogowanie, dopiero zaczęłaś pisać, a już zaprasza Cię sam TVN – gratuluję i zazdroszczę” – pisały czytelniczki.

W tamtym czasie zupełnie nie rozumiałam zachwytów, ani tym bardziej słów „zaszłaś tak daleko”, bo przecież to nie było prawdą. Dziś wiem, że to smutne, ale prawdziwe – wartość niektórych osób wyznaczają lajki na ich fanpage’ach, i to, jak często zapraszają je do siebie stacje telewizyjne.

Bo muszą nas znać, żeby docenić…