nieCodzienność

Drugi poród. Historia błyskawiczna

Tym razem miało być o wiele mniej niewiadomych i strachu. Po traumie pierwszego porodu i opieki okołoporodowej wierzyłam, że teraz nic już mnie nie zaskoczy – widziałam i na własnej skórze przeżyłam chyba zbyt wiele… Dlatego obniżyłam swoje oczekiwania do minimum i jedyne zaskoczenia, na jakie liczyłam, to te pozytywne.

Byłam też spokojniejsza, bo nasz ukochany doktor Grenda, choć u niego prywatnej klinice nie planowałam rodzić, uruchomił swoje kontakty w szpitalu wojewódzkim. To tam, do jego zaufanego kolegi miałam zgłosić się we wtorek 18 grudnia na cesarskie cięcie. Właśnie tego magicznego dnia miała pojawić się na świecie nasza Gwiazdka. Tak to sobie na tę właśnie datę „zaplanowaliśmy”, bo największy strach budził we mnie fakt, że mogłabym święta spędzić szpitalu, z dala od swojej drugiej dziewczynki.

Zapytacie, dlaczego cesarka.

Były wskazania medyczne, dlatego tym razem miałam już wybór (w szpitalu podpisuje się też specjalny dokument dotyczący tego, w jaki sposób chce się urodzić, jeśli pierwszy poród był cesarką). W tym przypadku nie nastawiałam się na „jedyne słuszne rozwiązanie”. W pierwszej ciąży byłam tak zafiksowana na „naturę”, że kiedy nie udało się urodzić naturalnie, przeszłam załamanie. Koniec z fundowaniem sobie traum psychicznych i porównywaniem się do innych matek – postanowiłam.

Dosyć, to nie są wyścigi o tytuł matki roku. Nie zbieramy jakichś niewidzialnych punktów z idealnego rodzicielstwa. Koniec z zadręczaniem się. Postanowiliśmy, że będzie cc, mimo że znaliśmy już ten ból i długie dochodzenie ciała do siebie. Osiemnastego grudnia byliśmy więc umówieni w szpitalu wojewódzkim, a jeśli coś samo wydarzyłoby się do tego czasu – na to też byliśmy z Karlosem pozytywnie nastawieni.

Mimo wszystko, strach w końcówce wygrywał – w ostatnich dniach przed porodem mówiłam sobie tylko: „byle wytrzymać do poniedziałku 17-go grudnia”. To wtedy doktor Gruca zaczynał swój trzydniowy dyżur w białostockiej Śniadecji. I faktycznie… W niedzielę jeszcze beztrosko gotowaliśmy z naszą dwulatką, ale potem… przyszła noc inna od wszystkich. Pojawiły się bóle dotąd mi nieznane. Brzuch boleśnie się napinał, nie mogłam zmrużyć oka. W poniedziałek z rana powiedziałam Karlosowi, że chyba coś się dzieje, że nie wytrzymam… Gdy poszłam do łazienki, niemal zwymiotowałam z bólu. „A może to zatrucie?”. Zastanawiałam się, bo przecież nasza dwulatka non stop przynosi „coś” ze żłobka. O ósmej zadzwoniłam do doktora Grendy:

– Panie doktorze, czy to już? Skurcze są nieregularne. Więc może wystarczy, że podjadę gdzieś na KTG? Po co od razu szpital, przecież plan był na jutro?

Ale doktor Grenda tym swoim spokojnym i odwiecznie radosnym głosem uspokoił mnie, że wszystko jest dobrze i żeby dla spokoju podjechać na SOR położniczy:

– Najwyżej was dziś zawrócą do domu, a ja już dzwonię do doktora Grucy, że się tam wybieracie”.
Kto pamięta moją pierwszą historię (przekroczony o tydzień termin porodu, potem kilka dni na oddziale patologii ciąży i nieudana całodniowa indukcja oksytocyną), ten zrozumie, dlaczego tym razem bardzo cieszyło mnie, że tych szpitalnych niewiadomych czekało mnie mniej. Trafiłam z jednych (najlepszych) lekarskich rąk prosto w drugie.

Tryb ekspresowy

Około godziny 11 zgłosiliśmy się na SOR, a już pół godziny później nastąpiło przyjęcie na blok porodowy (– Siostro, ale to już? Ja wytrzymam do jutra! – dziwiłam się. –  Doktor Gruca powiedział, że skoro już pani do nas przyjechała, to po co wracać do domu w taką zimę – żartowała pielęgniarka). Jeszcze nie wierzyłam, nie docierało do mnie, że to może być możliwe – tak szybkie spotkanie z naszą drugą córeczką. I choć w ostatnich miesiącach przeklinałam trudy ciąży – starcze bóle w kręgosłupie, wieczne przeziębienie i niewygody snu, to teraz… Było mi jakoś smutno, że maleństwo po prostu wychodzi, opuszcza mnie. To był taki smutek kobiety, która wie, że być może już nigdy w swoim życiu nie doświadczy podobnych emocji, dolegliwości i w ogóle… ciąży.

Przykro było mi również dlatego, że Karlos zawsze musiał czekać za drzwiami – najpierw na SOR-ze, potem jakieś 40 minut, gdy leżałam pod KTG… Pisałam mu jedynie SMS-y: „Karlos, to jednak już dziś! Czy nie za szybko to wszystko się dzieje?”. A on poczciwie pocieszał, że to przecież super i w porodzie trzeba być gotowym na każdy scenariusz. Non stop wymienialiśmy ze sobą pełne ekscytacji wiadomości.

Kto by pomyślał, że jeszcze rano, gdy żegnaliśmy się z dziadkiem i małą, powiedzieliśmy, że pewnie nas za chwilę zawrócą do domu. Dobrze, że zapobiegliwy Karlos zarzucił sobie wtedy na ramię mój plecak ze szpitalnymi rzeczami…

Oto więc zaczęło się dziać. Pani z SOR-u przyniosła mi koszulę porodową. Już ona była znakiem, że tym razem będzie inaczej. Lepiej. To nie była zwykła biała koszula z prześcieradła. Tym razem dostałam „jedyną na cały oddział” niebieską sukienkę w kropki. Dlaczego akurat mi ją dali? Pewnie czysty przypadek, ale wprowadził mnie w miłe uczucie wyjątkowości.

Sukienka dodała mi mocy – w lustrze szpitalnej łazienki zobaczyłam śmiałą blondynkę, której niestraszne są te wszystkie niewiadome. Na bloku porodowym zastała mnie pierwsza niespodzianka – dyżur miały te same dwie położne, z którymi przeżyłam swój pierwszy poród. A przynajmniej –  12 godzin jego bolesnego wywoływania oksytocyną. Położyłam się w jakiejś sali podłączona do KTG. Bardzo brakowało mi rozluźniających żartów i ciepłej dłoni Karlosa. Na szczęście, po którejś prośbie wreszcie wpuszczono go do sali.

                         ………………………. Ta chwila…………………………..

Lada moment ma się spełnić ostatnia formalność – z laboratorium przyjdą wyniki morfologii potrzebne do zabiegu. Doktor Gruca mówi, że jeszcze maksymalnie pół godziny i jedziemy na cięcie. Tym razem wejście na salę operacyjną budzi we mnie strach – nie tak jak za pierwszym razem. Dwa lata temu cesarka cieszyła, była wybawieniem od wielogodzinnych męczarni pod sztuczną oksytocyną. Teraz przyszłam tu z ulicy, ze swojego bezpiecznego świata i miałam się położyć pod nóż. Strach budziły wielość świateł, lamp, ubrana w kitle załoga zespołu oraz to kłucie w sercu spowodowane znieczuleniem.

Tym razem organizm gorzej  sobie z nim radził  – dusiło mnie w płucach, mdliło i bolało w klatce jednocześnie. Ale dosłownie za chwilę usłyszałam pierwszy donośny krzyk. Zupełnie inny niż ten dwa lata temu – silny, władczy, jakby należący do osoby, która wita się ze światem z całą stanowczością swojego charakteru. I tak właśnie na świecie pojawiła się Gwiazdka, druga dziewczynka, którą sobie kiedyś wymarzyliśmy. Od teraz każda świąteczna kolęda o malutkim dzieciątku miała wywoływać łzy w oczach.

Maleństwo dostało 10/10 i za chwilę pojechało na oddział noworodków. Co nas tam czekało w kolejnych dniach? Czy znów zafundowano nam psychiczną traumę? O tym już za kilka dni!:)

Foto otwierające: Pikolina