nieCodzienność

Jak zmienia się życie, gdy masz dwójkę dzieci?

Przedstawiając naszą obecną sytuację: w imię marzeń o rzadszych chorobach dzieci wypisałam dwulatkę ze żłobka. Mamy więc wesoło – jestem w domu z dwumiesięcznym maluchem i szaloną starszą córką. Mąż dołącza do nas około siedemnastej. 

Przy drugim dziecku z żalem odkrywasz, że ewolucja nie istnieje. W przeciwnym razie mama więcej niż jednego szkraba miałaby trzecią rękę. Akurat trafił mi się nieodkładalny egzemplarz niemowlęcia. Malutka, jak obudzi się nad ranem, tak do godziny 22 wieczorem potrzebuje jeść, spać, oglądać świat itp. z pozycji moich rąk. Gdy miałam jedno dziecko, wszystko to było łatwiejsze. Po prostu mały miś koala mieszkał na mnie, ale nikt trzeci nam nie towarzyszył. A teraz jest ten nieodkładalny miś, plus dwulatka, która ma milion potrzeb na minutę i bardzo denerwuje się, gdy W TEJ MINUCIE nie podam jej kakao, nie pobiegnę po nowe ubranko czy nie ulepię niebieskiej kulki z plasteliny.

Zimne kawy – kiedyś, przy jednej córce bawiły mnie te narzekania innych matek. Jaka zimna kawa? Zawsze piłam gorącą. Kiedy ona faktycznie jakiegoś dnia wystygła, za chwilę była podgrzana w mikrofali. No, ale zimną się jako matka nie skalałam. Jak jest dziś? Czasem poranne oko cyklonu (przewijanie, karmienie dwóch, krzyki starszaczki, nocnikowanie, rozlane mleko w salonie, karmienie psa) tak mnie porwie, że zaparzoną kawę odgrzewam w mikrofali kilka razy, ale potrafię sobie o niej przypomnieć o godzinie 17, gdy do domu wraca Karlos i próbuje podgrzać sobie obiad…

Logistyka wyjazdów. Dawniej nasza trójka wskakiwała do auta i ziuuu, była wyprawa do babci, za miasto czy na pizzę. Teraz? Mamy mały problem, jak na przykład wyjść do lekarza z najmłodszą. Potrzebna jest dwójka rodziców – Karlos za kółkiem, ja z tyłu (jakoś na razie boję się nie być tuż obok). Brać wtedy dwulatkę ze sobą? Załatwiać jej opiekę, dzwonić po dziadków? Zawsze w takich chwilach jest konsternacja – jak zabierzemy starszą ze sobą, niepotrzebnie narazimy ją na wirusy w przychodni, a jak zostawimy w domu, trzeba prosić o pomoc schorowanych dziadków.

Wieczory są inne. Kiedyś całą energię mogliśmy ładować w starszą córkę, jedynaczkę. Była też możliwość odpoczynku – np. Karlos zabierał ją na bajki czy zabawę plasteliną, a ja mogłam się zdrzemnąć czy poczytać książkę. A teraz tatuś bierze jedno, ja drugie i zabawiamy dzieci aż do kąpieli i drzemki. No właśnie, usypianie to u nas nie jest sielanka. Dawniej starsza córeczka zasypiała błyskawicznie, wystarczyło, że któreś z nas położyło się obok i w ciszy ją pogłaskało.  A teraz? Nagle każda z córek chce do usypiania wyłącznie mamy. Wygląda to więc tak, że obie krzyczą w wniebogłosy, a ja nie wiem, do której biec. Który krzyk ma w sobie więcej desperacji. Na szczęście Karlos doskonale radzi sobie z dwulatką – opowie bajkę, zagada i jakoś to dziecię uśnie nawet, jak ja nie mogę z nią poleżeć. Z młodszą usypianie jest dłuższe – trzymam ją na rękach, karmię, w międzyczasie możemy (!) obejrzeć jakiś serial, a ten sen się w dziecku „utrwala” tak około godziny 22 – wtedy mogę ją odłożyć do łóżeczka.

Wyrzuty sumienia. Specyfika niemowlaka jest taka, że chciałby non stop być przy/na/obok mamy. Gdy już zasiądę do karmienia, to to oczywiście trwa. Ale zaraz słyszę, że ktoś krzyczy z pokoju obok: „Mamusiu, choooooodź, kupa!”. Muszę w tej sekundzie biec, by zdążyć z nocnikiem. Tylko co z maleństwem? Odkładać je gdzieś na łóżko, czy biec z nim na rękach?? Innym razem czuję, jak starsza ciągnie mnie za rękaw, by koniecznie w tej chwili zrobiła jej kakao. Potem krzyczy, że chce bajkę, albo, że w tej chwili potrzebuje „tuli tuli”. No i w takich momentach brakuje mojego klona, który biegłby wszędzie tam, gdzie potrzebuje starsza córka. Czasem na koniec dnia mam ogromne wyrzuty sumienia, że tak wiele razy mówiłam jej „za chwilę/ nie mogę teraz/ karmię siostrzyczkę”, że nadrabiam to przytulaniem ze zdwojoną siłą.

Niczego nie zaplanujesz. O ile przy jednym już było trudno np. umówić się z przyjaciółką (np. też mamą), bo w dniu spotkania OCZYWIŚCIE maluch musiał zachorować… o tyle z dwójką to ja mogę planować jedynie na kilka godzin do przodu… Czas pokazał nam, że zwykły katarek u niemowlęcia za chwilę może zamienić się w zapalenie płuc i dłuższą wizytą w szpitalu. Także ten… życie z dziećmi to jeden wielki spontan. Dobrze, że jest urlop macierzyński i przez jakiś rok mama może być na każde skinienie :D

Nowa jakość strachu. O ile starsza córeczka pierwsze 1,5 roku życia niemal wcale nie chorowała (były jakieś tam kaszelki czy niewysokie gorączki, ale nic poza tym), o tyle młodsza od razu zachorowała z grubej rury. Uświadamiając nam po raz pierwszy, że bycie rodzicem to czasem także paniczny strach. Mając skończone 6 tygodni życia podłapała wirusa od siostry.  Najpierw był katar, potem… zapalenie płuc. Uwierzcie mi, nie zaznał w życiu strachu ten, kto nie wylądował nigdy z malutkim dzieckiem na SORze.  Pamiętam jak przez mgłę, że serce, dusza i każda komórka ciała zamarły mi, gdy lekarz powiedział, że kładzie nas na oddział, „bo z takimi chorymi maluszkami jest niebezpiecznie bez stałej opieki lekarskiej – NIGDY NIC NIE WIADOMO”…

Taak, sporo się zmieniło, odkąd mamy dwójkę maluchów. Zniknęło wiele wygód, które znaliśmy, wychowując jedno dziecko. Ale misja „siostrzyczki z małą różnicą wieku” za jakiś czas będzie się cieszyła pierwszymi sukcesami. Już teraz dzieci patrzą na siebie z pełnym zainteresowania uśmiechem. A ja mam poczucie, że na polu rodzinnym osiągnęłam wszystko, o czym marzyłam.

Oczywiście jest trudniej, ale jak to mówią „nigdy nie jest tak ciężko, żeby nie mogło być ciężej!”.

Zdjęcie: Magdalena Kiezik (KLIK!)