Zakazane tematy

10 dowodów na to, że „siedzenie” w domu z dziećmi to praca o wiele cięższa od tej za biurkiem!

Tekst powstał po to, by pokazać niektórym, że codzienne obowiązki matek to żadne tam „siedzenie” w domu i czekanie na 500+. Gdyby płacić mamom pieniądze adekwatne do ich obowiązków i codziennych trosk, zarabiałyby kokosy! 

Jak dotąd przeszłam już kilka życiowych etapów – najpierw przez trzy lata po studiach cieszyłam się beztroską. Jako bezdzietna pracoholiczka byłam w częstych delegacjach i podróżach. Potem spędziłam rok na macierzyńskim, ciesząc się czasem z córką. Wróciłam później do pracy (a właściwie zmieniłam ją na lepszą!), która dawała mi wiele frajdy, rozwijała i… mogłam w niej odpocząć od bycia mamą. W redakcji pracowałam więc za biurkiem, a w mieszkaniu… przy dziecku – opiekując się nim, karmiąc, sprzątając, wymyślając atrakcje (taki tam podwójny etat).

Teraz zaś znów jestem na macierzyńskim i mam pod opieką dwie dziewczynki: prawie trzyletnią oraz 5-miesięczną. Jeśli ktoś powie mi, że „siedzenie” w domu z dziećmi jest czymś lżejszym i łatwiejszym od pracy za biurkiem, przysięgam, uduszę. Mam wiele dowodów na to, że jest wprost przeciwnie.

Porównanie „siedzenia w domu” i etatu przeprowadzam na podstawie własnych obserwacji. Mówię tu oczywiście o pracy za biurkiem od 8 do 16, w której raz na jakiś czas przeżywa się umiarkowane stresy, goni deadline’y, szef jest raczej normalnym człowiekiem (a nie jakimś mobbingującym tyranem). Nie narzekam też na swój żywot – bo kocham być z dziećmi i cieszę się z tego czasu tylko z nimi. Przecież w Ameryce matki wracają do pracy już po kilku tygodniach od porodu i pewnie dałyby się pochlastać za przywilej bycia w domu z dzieckiem przynajmniej przez pół roku.

Ale jednocześnie przyznam, że jak ten robotnik fizyczny pod koniec dnia z dziećmi zwyczajnie padam na twarz i nie czuję rąk ani kręgosłupa. Dlatego czasem dobija mnie, gdy obcy ludzie mówią o innych matkach, że te „tylko siedzą” w domu z dziećmi. No to zobaczmy, jak one „tylko siedzą”.

Dlaczego bycie w domu z dziećmi to praca o wiele cięższa niż ta za biurkiem? Odpowiadam!

1) Po pierwsze – w biurze zazwyczaj jest spokój, cisza oraz gorąca kawa. Nigdy nie zapomnę tej odmiany, gdy po roku macierzyńskiego usiadłam w swoim wydawnictwie za biurkiem i odpaliłam komputer. Pod ręką miałam kubek gorącej (!) kawki, przed sobą monitor i klawiaturę – miałam napisać tekst na okładkę jakiejś książki. Nikt głośno nie płakał, nie ciągnął mnie za rękaw, nie wylewał soczku na klawiaturę. Jakiś raj! W takich chwilach dostrzegasz, jaki to luksus – siąść do jakiegoś intelektualnego zadania bez konieczności nasłuchiwania, czy za ścianą nie budzi się mały człowiek. Doceniasz, że przez 8 godzin możesz mieć na sobie czyste ubranie i np. przyjść w rozpuszczonych włosach. Nikt nie wciera w ciebie kaszki, nie ulewa mlekiem na bluzkę, nie wyrywa rączkami (i tak już nieźle przerzedzonych) włosów. Ach, czy mam dalej wymieniać te luksusy?

2) Po drugie, w pracy masz kontakt z ludźmi. Nie doceni tego faktu ten, kto nie siedział w czterech ścianach mieszkania z niemowlęciem. 24h/dobę. 7 dni w tygodniu przez wiele miesięcy. Zimą. W blokowisku, w którym nie ma nawet gdzie pójść na ciekawy spacer. Uwierz na słowo, psychika wysiada nawet najbardziej pełnym życiowego entuzjazmu twardzielkom! A w pracy? Możesz rozmawiać, słuchać, dowiadywać się nowych rzeczy, a przy okazji rozwijać wiedzę o świecie. Natomiast w domu z niemowlakiem raczej nie porozmawiasz, a słuchanie kilkanaście godzin na dobę płaczu lub a-guuu po iluś tam tygodniach sprawia, że mózg ci się gotuje. Potrzebujesz kontaktu z kimś na swoim poziomie. Do tego stopnia, że czasem otwarcie drzwi listonoszowi czy wizyta w sklepie mocno doładowuje ci baterie: w końcu miałaś kontakt z kimś dorosłym!

3) Kolejna luksusowa możliwość: korzystanie z toalety kiedy chcesz, jak chcesz i… bez stresu. Nie doceni tego ten, kto np. przez ostatni rok swojego życia nie korzystał z łazienki tylko wtedy, gdy dziecko mu na to pozwoliło. Kiedy trzeba było „trzymać siku” nawet kilka godzin, do momentu, aż okoliczności będą sprzyjały wizycie w toalecie. Ewentualnie… załatwiać swoją potrzebę siedząc z dzieckiem trzymanym na kolanach, albo samotnie, ale… przy baardzo głośnym akompaniamencie płaczu malucha, którego na chwilkę zostawiło się w łóżeczku. Dlatego luksus korzystania samotnie i w ciszy z toalety był dla mnie jednym z największych, jakie dostrzegłam po powrocie z macierzyńskiego!

4) Umówmy się też… gdy pracujesz osiem godzin za biurkiem, wieczorem raczej nie obrywa ci rąk od dźwigania kilkunastu kilogramów. A dźwigać i podnosić musisz, bo wiele razy w ciągu dnia dziecko upada lub niechcący się uderza. Po dniu pracy w biurze nie łamie cię w plecach z powodu 7-kilogramowego niemowlaka noszonego w chuście. Nie czujesz się też, jakbyś wrócił z jakiegoś minimaratonu, bo nie biegałeś przez całe mieszkanie 16 razy po nocnik i z powrotem, nie goniłeś też przez całe osiedle 3-letniego skrzata, który chciał uciec na ruchliwą ulicę. Przypomnę tylko – wszystko to dodatkowo z niemowlakiem w chuście! Czyli taki mały bieg rzeźnika, bo z obciążeniem;)

5) W „siedzeniu” w domu uciążliwe dla psychiki rodzica jest też konieczność natychmiastowego reagowania 24 na dobę. Bieg przez cały dom na każde usłyszane „Mamo, siiiku”, nocny krzyk, kaszlnięcie, upadek, oraz… (podejrzaną) ciszę. Czy w pracy, o ile nie pracujesz jako dyspozytor lotów pasażerskich albo lekarz na OIOMIE (ale i oni nie pracują 24 na dobę!), też musisz w stresie reagować na 100 bodźców na godzinę, bo od twojego skupienia i szybkiej reakcji zależy czyjeś zdrowie albo… życie? Takie atrakcje tylko w życiu rodziców.

6) Porozmawiajmy teraz o twoim szefie. Jaki jest? Podejrzewam, że nawet ten najbardziej niestabilny emocjonalnie (takich też kiedyś miałam), nie będzie co 5 sekund zmieniał zdania i ganiał cię jak w ukropie. „Włącz bajkę Maszę, mamo. Niee, nieee! Lepiej „Psi patroool”! Niee, nie chcę tego oglądać, chciałam kawę Inkę mama!! (Gdy przynoszę): Co to? Mówiłam, że chciałam ciepłe kakałko! (*wylewa na podłogę) Proszę, mamo!! Chodźmy na dwór! Nieee, nie będę się teraz ubierać! (A 5 minut później:) O nieee, dzieci już poszły do domku, mama, ja chciałam na dwór!!!, wychodzimy”. Oszaleć można, zdanie zmieniane co kilka sekund – nie wiesz, już na którą komendę reagować, bo przecież ona za chwileczkę się zmieni. Ale czekaj, czekaj, bo to tylko jedna szefowa, jest jeszcze druga, 5-miesięczna. Ona życzy sobie non stop być na rękach. O ile jej nie odkładasz, nie ma innych roszczeń. Wystarczy jednak, że zechcesz pójść do kuchni coś zjeść i ją odłożysz – krzyk, że nie daj Panie Boże. Bywa też, że dwie kierowniczki krzyczą jednocześnie – musisz na podstawie siły ich płaczu ocenić, do której pierwszej podbiegniesz i przytulisz… Konieczność wybierania nieraz rozdziera ci serce.

Nie wspominając już, że te dwie szefowe wymagają panowania także nad ich czystością, czytaj… nieposkromioną fizjologią. A teraz przypomnij sobie, czy w korpo kiedykolwiek zmieniałeś pieluchę dla swojego markotnego szefa.

7) Po siódme, kasa. Jak to jest, że chodząc do pracy, buntujemy się, że pensja jest zbyt mała, walczymy o podwyżkę, czasem zmieniamy pracodawcę, a w tym samym czasie matki pracują za darmo? (Nie mówmy tu o 500+, przecież to pieniądze na dziecko, na podstawowe potrzeby rodziny). Ja rozumiem, że napędza je miłość. Że dla swojego dziecka kobieta jest w stanie zrobić totalnie wszystko. Ale teraz przemyśl, gdzie tu logika: czuwasz nad czyimś snem, zdrowiem, nie śpisz po nocach, nie możesz w normalnych warunkach skorzystać z toalety, nie masz jak zjeść gdy akurat jesteś głodna, kilkanaście razy dziennie przewijasz pieluchy swojego szefa, nosisz go na rękach, przytulasz, sprzątasz po nim uświniony dom, pierzesz mu, prasujesz i… nigdy nie dostajesz za to złamanego grosza. Awesome. Gdyby takie rzeczy miały miejsce w korpo, oskarżyłoby się szefa o mobbing i walczyło o odszkodowanie za straty moralne.

jak oszczędzać

 

8) Opieka nad dziećmi to też nieustanny stres, bo to ty odpowiadasz za zdrowie i życie bezbronnego dziecka. Czasem tego stresu sobie nie uświadamiasz i żyjesz z dnia na dzień. Ale są momenty, gdy ten stres uderza ze zdwojoną siłą, gdy np. lekarz kieruje twoje niemowlę do szpitala z zapaleniem płuc. A ty ryczysz roztrzęsiona, bo obwiniasz się, że „zepsułaś dziecko i nie wiesz, czy je jeszcze w ogóle zreperują”. A przypomnij sobie, kiedy ostatni raz w pracy w biurze personalnie odpowiadałaś za czyjeś życie i zdrowie… „Siedzenie” w domu z dzieckiem to też nieustanna seria mikrozawałów: a bo to maluch się zakrztusi, a to wybiegnie na ulicę, a to spadnie z łóżka i nabije guza. Z tego strachu można czasem oszaleć.

9) Praca na etacie pozwala (przynajmniej według prawa) pójść na L4. Taka niby zwyczajna sprawa: zachorujesz, idziesz do lekarza, on wystawia zwolnienie, zleca lekarstwa. Wracasz do domu, wskakujesz pod kołdrę, wygrzewasz choróbsko. Pełen komfort.

A czy rodzic, który „siedzi w domu” może pójść na L4? Nie. Przecież „mama nie chodzi na zwolnienia!”. Choćby rozłożyła ją grypa żołądkowa, i tak słaniająca się na nogach będzie musiała np. położyć dziecko spać, ubrać je czy nakarmić (zakładając, że tatuś akurat nie może jej pomóc). Zmęczenie grypą sięgające halucynacji? Niestety, mimo że „siedzisz” w domu, na odpoczynek nie masz czasu ani możliwości!

10) Matkom nie wypada narzekać. Wystarczy, że gdzieś któraś głośniej powie, że jest przemęczona, niewyspana, a maluchy dają jej w kość. Za chwilę usłyszy, że „nikt jej nie kazał zakładać rodziny” i że „dzieci same się na świat nie prosiły”. Ludzie zakładają chyba, że gdy rodzic narzeka na zmęczenie, na pewno nie kocha swojego dziecka. Ale już gdy na swój ciężki los i masę obowiązków w pracy narzeka ktoś inny (choćby bezdzietny kolega), zaraz poklepuje się go współczująco po plecach i radzi, by poszedł odpocząć na kilka dni urlopu.

Tak mi się dziś tym wpisem „ulało”. Każdego dnia jednak walczę o bycie lepszą wersję siebie. O to, by nigdy nie stracić kontroli nad swoimi nerwami, nawet pod największym gradobiciem krzyków i bodźców. Jestem po prostu jak każda mama, która ciężko PRACUJE (nie: „siedzi”) w domu:)

Fot. Buuba.pl, Magdalena Kiezik