Zakazane tematy

Smutna choroba na „d”.

Chcę powiedzieć o tym głośno, bo to żadna przyczyna do wstydu. Raczej powód, by wołać o pomoc. Od jakiegoś czasu zaczęłam obserwować u siebie niepokojące objawy. 

 

Bo wiecie, jak jest baby blues, to wiadomo, pierwsze dni/tygodnie po porodzie ryczysz bez powodu, ale wiesz przynajmniej, że to to. Bo o tym zjawisku człowieka uczyli na szkołach rodzenia. Przygotowywali do tego partnerów. Ale… że coś złego może się zacząć dziać np. pół roku po porodzie – tego się  na żadnych mądrych kursach nie dowiedziałam. A zaczęło się tak, że straciłam energię (bo wszystkie siły i uśmiechy inwestowałam w dzieci) – do tego stopnia, że z innymi ludźmi jakoś nie dałam rady rozmawiać, odbierać telefonów, nawet rozmowa z naszymi miłymi sąsiadami jawiła mi się jako przymus (np. do uśmiechania się, na które nie miałam sił witalnych – po prostu). Odrzucałam serdeczności ludzi z „zewnątrz” – dawnych znajomych i przyjaciół, których przecież „normalnie” bardzo lubię. Marzyłam, by zniknąć ze świata relacji, small talków, uprzejmości – to wszystko jawiło mi się jako coś, co wysysa ze mnie i tak już szczątkową energię. Dziwne jak na człowieka, który kocha ludzi, wspólne kawki, wyjścia na miasto czy wysyłanie zaczepnych wiadomości na messengerze.

 

Potem były dni, że leżałam na łóżku zwinięta w kłębek i płakałam – totalnie bez racjonalnej przyczyny. Moja mała córeczka leżała obok, zaczepiając mnie rączkami. Ale nie miałam w sobie ani iskry siły, by się choćby na moment uśmiechnąć. Straciłam apetyt – czy to wina upałów, czy czegoś innego, nie wiem, ale jedzenie przestało dawać jakąkolwiek przyjemność. Ot, byle coś wrzucić na ząb i przetrwać kolejny dzień. Szukałam jednak punktów zaczepienia, które mi psychicznie pomogą – a to wizyta babci, która na chwilę zajmie się dziećmi, a to krótkie wakacje na Mazurach. Ale gdy okazało się, że samochód nam się zepsuł, a dziadkowie niezbyt są do pomocy dostępni… lawina tych bolesnych kamieni po prostu pociągnęła za sobą wszystko. Płakałam spazmatycznie. Tak samo jak w baby bluesie – wystarczył mały impuls i ryk, łzy leciały hektolitrami.

A do tego ten fakt, że cały czas wydaję się sobie nieatrakcyjna – ćwiczę kilka razy w tygodniu (sama już nie wiem, jak ja to robię przy dwójce), unikam słodyczy. A mimo to… te kilogramy spadają o wiele wolniej, niż po pierwszej ciąży. Porównuję się do innych, w lutrze widzę ciągle ten brzuch, jakbym była w 4 miesiącu ciąży. No i… ciągle mam poczucie osamotnienia jako matka. Bo w tym mieście nie mamy już żadnego wsparcia przy dzieciach, bo mąż pracuje do późna, a po pracy też ma ochotę czasem wyjść gdzieś odpocząć (choćby na zakupy czy rower) – a ja te jego nieobecności odbieram jak kolejne wymierzone w moją kruchą psychikę ciosy. Zaczęłam więc czytać, dlaczego tak bardzo moja psychika odjeżdża, czemu  ostatnio nie panuję nad nią… No i mnie oświeciło. Depresja poporodowa. Wszystkie elementy układanki do siebie pasowały: brak apetytu, apatia, huśtawki hormonalne, chęć ucieczki od świata ludzi, niewiara w dobre intencje innych, świadomość własnej „nieatrakcyjności”, brak snu. No ale co? Mam iść teraz do psychiatry? Tylko dlatego, że mi ciężko przy małych dzieciach? Że potrafię dwie godziny tępo patrzeć w ścianę? Może jeszcze jakieś leki brać? Kosmos! Ale depresja to choroba, której nie widać, a którą bardzo łatwo zbagatelizować…

No, ale jest jeszcze jeden lek, czyli bliski przyjaciel. Zobaczyłam, że Karlos poważnie się o mnie martwi. Że dostrzegł moje „puste spojrzenie” i apatię, to nieprzytomne patrzenie w ścianę. Mądry z niego facet, więc nie oceniał mnie: „a na co ty znów narzekasz?”, „miliony matek na świecie też siedzi w domu z dziećmi i jest im ciężko”.

Nie. On mnie wysłuchał ze zmartwieniem. Zaproponował rozwiązania. Skoro auto nam padło, to może pojedziemy gdzieś na weekend pociągiem? Siłą wypychał mnie z domu na rower. Zabrał dzieci i mnie do naszej starej dobrej koleżanki. Znów śmiałąm sie beztrosko, jak za starych studenckich czasów. Wiem, że On cały czas mnie obserwuje. Mówi, że się martwi. Taki dobry przyjaciel to skarb – bo nadal jest mi ciężko i nadal niewiele mi trzeba do łez, ale jakoś tak lżej, gdy wiesz, że obok jest ktoś, kto nie pozwoli ci odejść zbyt daleko w ten mrok.

 

Fot. Kasia Perek