nieCodzienność

Dla tej miłości i firmy postanowili zaryzykować wszystko

Wyobraź sobie zupełnie niepozorny murowany dom. Od frontu jakby mały, a z boku… tak długi, jakby krył się w nim tajemniczy tunel. W tym miejscu dzieje się magia, o której zaraz Wam opowiem. 

Dziś będzie o prowadzeniu biznesu i budowaniu silnej marki biżuteryjnej w warunkach hardkorowych, bo… z malutkimi dziećmi na pokładzie oraz w domu, który – choć niedawno wybudowany – wciąż krzyczy o kolejne prace, nakłady i czas.

Wyobraź sobie pracownię złotniczą, za drzwiami której powstają małe dzieła sztuki. Artystyczne wisiory, niebanalne obrączki, stylizowane na czasy wczesnego średniowiecza pierścienie i bransolety. To Hnoss Silver Craft, marka, którą od kilku lat wspólnie budują Asia i Maryo – małżonkowie po słowiańskiej swadźbie (zaślubinach). Z pewnych względów ślub wzięli tylko w świecie rekonstrukcji (od wielu lat kochają czasy wczesnego średniowiecza). Śmieją się, że w tym kraju oficjalnie nie opłaca się być małżeństwem – prowadząc własną firmę, łatwiej jest płacić podatki, mając zupełnie inne nazwiska.

Jak zaczęła się ich wspólna historia?
Ona pewnego dnia dla tej miłości rzuciła wszystko i przeprowadziła się z Krakowa (to tam przez 5 lat szkoliła się w sztuce złotniczej) do Białegostoku. Miasta, w którym nie znała zupełnie nikogo. Jeszcze w czasie wyprowadzki, gdy w jednym busie przewieźli z Maryem całe jej życie do stolicy Podlasia, dowiedziała się, że jest w ciąży. W drodze była już ich pierwsza córka, dziś 4-letnia Róża.

On, zanim rzucił etat dla własnej firmy, był kierownikiem działu marketingu w rozgłośni radiowej. Od lat udziela się również w deathmetalowej kapeli In Extremis jako wokalista i gitarzysta. Oboje zakochani w rekonstrukcji – w ich domu na ścianach wisi mnóstwo zdjęć z wyjazdów na zloty i festiwale kultury wczesnego średniowiecza, z koncertów metalowych,  pikników średniowiecznych. A przepiękne, podobne do mamy córki – 4-letnia Róża i półroczna Lilia wychowują się pośród niesamowitych rekwizytów – gitar elektrycznych, zbroi, hełmów, mieczy, skór i strojów, które rodzice wykonali ręcznie, wzorując się na ubiorach dawnych Słowian i Wikingów.

Gdy mowa o domu, zaprojektowanym notabene przez kolegę Asi i Maryo, rapera Lukasyno, żartują, że wybudowali sobie własne więzienie: w jednym miejscu wychowują dzieci, pracują, gotują, goszczą licznych znajomych i spędzają większość czasu. On śmieje się nawet, że Asia po kilku miesiącach spędzonych non stop z niemowlęciem w domu poprosiła go raz, żeby to ona mogła odwieźć rano starszą córkę do przedszkola:

– Gdy wróciła, relacjonowała mi każdy szczegół tej wyprawy z taką ekscytacją, jakby było to wydarzenie równe przynajmniej wczasom w Grecji – żartuje Maryo.

Trudy wczesnego rodzicielstwa są im doskonale znane, a dodatkowo łączy ich jeszcze jedno, dość wymagające dziecko: firma. Wspólnie prowadzą bowiem pracownię jubilerską Hnoss Silver Craft. Jak mówią, budowanie własnej marki ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony nienormowany czas pracy, zawsze mogą być blisko dzieci, a z drugiej – każdy prędzej czy później zaczyna wariować, gdy non stop ma pod opieką małe szkraby. Na szczęście, gdy któreś z nich (bo najczęściej pracują na zmianę) zamyka się za drzwiami pracowni (stworzonej na parterze ich domu) Hnoss Silver Craft, przechodzi do innego świata. Świata ciszy, niebywałej precyzji, szlachetnych metalów i kamieni, staranności oraz… chwilowego spokoju od dzieci. Ale tak czy siak oba te światy: marka biżuteryjna i rodzina przenikają się. Szczególnie wtedy, gdy wszyscy razem siedzą w pracowni. Starsza córka, Róża jest zafascynowana zawodem wykonywanym przez rodziców i kocha bawić się narzędziami:

– Oczywiście uwielbia podkradać różne kamienie, młoteczki, wynosić narzędzia – zabiera sobie te skarby ukradkiem, a my je  potem znajdujemy w różnych częściach domu… nakryte kołderką czy “położone spać” – śmieje się Asia.

Niewtajemniczeni mogą nie wiedzieć, że nazwa ich marki pochodzi z mitologii skandynawskiej. “Hnoss” to imię bogini, oznacza dosłownie klejnot. Tworząc logo firmy, Asia i Mariusz zainspirowali się wykopaliskiem z czasów inwazji wikingów – widnieją na nim albo trzy kruki, albo… trzy orły – tu, jak zaznacza Mariusz, naukowcy wciąż się sprzeczają.

Jak ich praca wygląda od kuchni?

Ona tworzy biżuterię, on jej w tym pomaga, i, korzystając z bogatego doświadczenia w handlu, ogarnia całą stronę marketingową: obróbkę zdjęć, grafiki, reklamę. W zaciszu domu stworzyli świetnie prosperującą pracownię artystyczną, w której powstaje wyjątkowa biżuteria – misternie wykonane obrączki ślubne, kolczyki czy wisiory inspirowane kulturą wczesnego średniowiecza. Zamówienia płyną z wielu odległych zakątków kraju i świata.

Jak wygląda życie małżeńskie w ich układzie?

– Niestety, w tym kraju paradoksalnie nie opłaca się brać ślubu oficjalnie. Jesteśmy związkiem przyjacielskim, partnerskim, ale też… wymieniamy się fakturami, umowami, łączy nas kredyt, ZUS-y plus prowadzenie domu. Owszem, czasem w tym naszym domu dosłownie wariujemy, ale na szczęście jesteśmy także przyjaciółmi – żartuje Maryo.

Jak wygląda taki dzień we własnej rodzinnej firmie?

– Jako pierwszy wstaje tata i wiezie starszą córkę do przedszkola, w tym czasie ja jeszcze odsypiam nieprzespaną noc. Kiedy Maryo wraca, jemy śniadanie, a potem on idzie do pracowni. Ja karmię małą i później się zmieniamy. Faktem jest, że tworzenie biżuterii wymaga dużego skupienia. A wiadomo, cały czas nasza 6-miesięczna córka popłakuje. Owszem, można z nią pracować, ale tylko przy tzw. “robocie głupiego”, czyli czymś mniej wymagającym, na przykład przy polerowaniu – mówi Asia. – Rodzinna pracownia daje nam możliwość bycia blisko córek, ale też… jest naszą od nich ucieczką. Gdy zamykam się za drzwiami Hnoss Silver Craft, świat zewnętrzny przestaje istnieć. Doceniam fakt, że oboje z Maryo jesteśmy w domu – to luksus. Dawniej było znacznie gorzej. Gdy kilka lat temu urodziła się Róża, Mariusz cały czas pracował w radio, a ja zajmowałam się dzieckiem w domu. Przyznam, że można było się szybko wypalić. A teraz? Jesteśmy partnerami, wymieniamy się przy dzieciach i pomagamy sobie we wszystkim.

Jak mówią sami o sobie, są drużyną. Bo czasem stworzenie pięknych obrączek czy wisiorka jest jak sport drużynowy: do „pomocy” mają także dzieci. A miłość, jak żartuje Maryo, w tym całym pozytywnym szaleństwie chroni ich od tego, by się nawzajem nie pozabijać.

Od Zudit: Miałam przyjemność gościć w domu i pracowni Asi i Mariusza, a teraz przybieram się też do zamówienia sobie jakiegoś misternego pierścienia (np. takiego z kroplą mleka na pamiątkę – zerknijcie TUTAJ, mamy karmiące;), do czego Was również zachęcam :)

Zdjęcia, kolejno: 

1. Krzysztof Miśkiewicz, 2. archiwum własne, 3. Alina Gabriel Kamińska Bez Słów 4, 5, 6 archiwum własne, 7. Drużyna Najemna Sfora, 8. archiwum własne.