Zakazane tematy

O hejcie, który ostatnio zatruł mi krew

jak schudnąć

Od jakiegoś czasu obserwowałam u siebie niechęć do dzielenia się szczegółami swojego życia w internecie, nawet takimi zupełnie neutralnymi. Na samą myśl, że wrzucę na Instagram choćby info, że jestem na kawie z koleżanką robiło mi się słabo – chciałam ten miły moment zachować dla siebie.

I zaczęłam analizować, co właściwie się stało, przecież zazwyczaj jestem wylewna i kocham cały ten internetowy świat, w którym pokazuje się swoją codzienność.

Małymi kroczkami doszłam do wniosku, że po prostu w moje życie zaczął się sączyć hejt. Nie taki dobitny, że ktoś wprost wyzywał moją mamę czy źle życzył dzieciom. Przez jakiś czas dostawałam po prostu komunikaty, które były z pozoru miłe, ale osoby je piszące życzliwymi można nazwać tylko, jeśli zastosuje się cudzysłów. Słowa, które czytałam, sprawiały, że przez pół dnia od ich przeczytania chodziłam struta, czułam niewyjaśniony smutek, było mi przykro. Napawały też lękiem i myślami: „czy jeśli znów zaloguję się na FB lub Insta, to przeczytam coś niemiłego? Jaka ukryta krytyka dziś mnie spotka?”.

Oto przykłady.

1) Był taki czas, że więcej wrzucałam na IG stories – fotki z wyjścia na kawę z koleżanką czy choćby samotny spacer do galerii. Ale zaczęło to komuś najwyraźniej przeszkadzać. Pewnego dnia przeczytałam komentarz:

– „A ty tylko kawka i kawka – komu dobrze! A mąż co? Wraca zmęczony z pracy i od razu wręczasz mu dzieci, bo już musisz wyjść? Taka to pożyje, ha, ha, ha :)”.

Zrobiło mi się jakoś dziwnie i przykro, bo nie wiedziałam, że pokazując kawę pitą z przyjaciółką, dla usprawiedliwienia tego luksusu powinnam dodać komentarz: pozostałe 22 godziny w ciągu doby jestem na każde skinienie dzieci, przewijam je, noszę, karmię, robię mężowi obiad i ogólnie nie jest lekko”.

2) Inna sytuacja. Na „wakacjach” z dziećmi raczej nie było czasu na korzystanie z internetu – byliśmy na dworze niemal od rana do wieczora. Jedna córka ciągle na rękach/w nosidle/ewentualnie bujana w wózku, druga zaś jak na trzylatkę przystało – „zwiercona” i uciekająca. W ciągu tych pięciu dni poza domem spędziłam na telefonie łącznie może godzinę (!) – wrzucając prędko jakieś krótkie relacje czy fotki znad jeziora. I cóż, zaraz pojawił się „życzliwy komentarz, że aż mi opadły cycki:

– Na wakacjach to się wypoczywa i skupia na bliskich, a nie siedzi na telefonie;)

3) Potem był też tekst, że jestem beznadziejną matką, której inni powinni unikać. Opisałam bowiem sytuację z podwórka, że była sobie dziewczynka, która krzyczała na innych, rozwalała im babki i obrażała. Mojej córce zrobiła przykrość i bez przyczyny wywołała łzy. W poście (bo w realu milczałam, jedynie przytulając swoją trzylatkę na pocieszenie!) nazwałam to nieznajome dziecko zupełnie anonimowo „małą wiedźmą” i „agresorką”, bo zwyczajnie po matczynemu bolało mi serce, że robi przykrość mojej córce. Za chwilę pojawił się komentarz:

– Za takie coś wyzywasz niewinne dziecko? Jakim prawem je oceniasz? A może miała Aspergera? Nie wpadłaś na to? Właśnie przez takie matki jak ty ja unikam placów zabaw! – napisała jakaś pani.

No tak… mam przymykać oko na agresywne zachowania wobec córki czy dzieci przyjaciół, na robienie przykrości, krzyk, wyganiania z placu zabaw tylko dlatego, że jakieś obce dziecko ewentualnie może mieć Aspergera? Z całym szacunkiem, ale zaryzykuję i będę z dezaprobatą reagować, bo chodzi o dobro kogoś mi bliskiego. Nikt nie ma przecież napisane na czole, że jest chory.

4) Kolejna dołująca sytuacja ze „wspierającym” komentarzem. Pewnego dnia na IG podzieliłam się lękiem o to, że po raz pierwszy, odkąd mamy dwójkę dzieci mój mąż wyjeżdża na trzy noce na międzynarodowe mistrzostwa Warhammera. A jako że akurat w mieście nie było w te dni rodziny do pomocy, bałam się o ewentualne ekstremalne sytuacje. Takie w stylu jazdy na SOR w nocy, bo któremuś z dzieci coś złego się stało. Jak ja to ogarnę? Na ten czas asekuracyjnie zaprosiłam więc do siebie rodzinę z innego miasta. Jakaś miła obserwatorka napisała do mnie wtedy wiadomość:

– O wow, a ty tak serio? Trzy noce bez męża i się nie ogarniesz? Ja mam trójkę i mąż jest marynarzem, jakoś dajemy sobie radę, ty też dasz, hehe;).

5) A na koniec hit… Ostatnio na instastories wspomniałam o tym, że sporo ćwiczę w domu – z Chodakowską lub Martą #CodziennieFit – po prostu to lubię. Ruch daje mi endorfiny, poczucie, że robię coś dobrego dla duszy i ciała. Nie katuję się dla samego chudnięcia, bo gdyby tak było, musiałabym rzucić słodycze, gazowane radlerki i lody. Ot, napisałam tylko, że fajnie jest poćwiczyć i szczęśliwie w drzemkach dzieci udaje mi się zrobić nawet cztery treningi tygodniowo. Jak odpowiedziała na to jakaś „przemiła” instamatka?

– To przykre, że już od małego uczysz swoje córki braku akceptacji dla własnego ciała!

Cycki opadają! Takich komentarzy bywa więcej, a przecież nie jestem żadną celebrytką z milionem obserwatorów! Współczuję znanym aktorkom i ludziom mediów – muszą mieć przekichane, gdy każdego dnia czytają smutne rzeczy na swój temat!

Wiem, że dla równowagi dostaje się w tym samym czasie 20 miłych wiadomości, ale coś takiego zatruwa krew. Zaczynasz się bać pokazywać nie tylko twarze swoich dzieci, ale też kawiarnię, w której pijesz kawę, bo może za chwilę ktoś znów powie, że masz za dobrze, powinnaś 24 godziny siedzieć w schowku na miotły i dziękować za to, co masz.

Fot. Kasia Perek