nieCodzienność

„Nie mam kont w social mediach – wiem, brzmię niedorzecznie”

Dziś na serwisie LinkedIn wysłałam zaproszenie do pewnej osoby, którą kojarzę z internetów. Jakże miło mnie zaskoczyła, gdy odmówiła jego przyjęcia i wysłała mi prywatną wiadomość na maila: 

„Hej, dziękuję za zaproszenie. Z pobudek ideologicznych nie posiadam jakiegokolwiek konta w social mediach (poza tym związanym z zawodem) i z tego względu nie jestem w stanie przyjąć Twojego zaproszenia – wiem, brzmi to niedorzecznie w naszych czasach, ale jednak. W każdym razie bardzo mi miło, że pomyślałaś o mnie. Pozdrawiam serdecznie”.

Odpisałam, że mi również jest miło, że fatygował się, by odpisać, i że w ogóle nie wydaje mi się, by w dzisiejszych czasach brak kont w kanałach social media był czymś niedorzecznym. Bo to niesamowite, że „z powodów ideologicznych” ludzie świadomie z tego rezygnują.

Być może wiecie, że na świecie jest ponoć kilka wiodących firm ze stojącymi na ich czele wizjonerami, którzy przewidują, co będzie modne powiedzmy za 10-20-30 lat. Nie chodzi tu tylko o nasze ubiory, ale także szeroko pojęty styl życia – co będziemy chcieli jeść, jakie sporty będą najmodniejsze za 30 lat, w jakich domach będziemy chcieli żyć czy z jakich sprzętów kuchennych/elektroniki korzystać. By przewidywać takie trendy, po trosze trzeba być jasnowidzem, a po trosze – wnikliwym analitykiem – kimś, kto obserwuje najmniejsze szczegóły z ludzkiego życia i zakłada, jak wpłyną one na przyszłość. Jakże zdziwiłam się, gdy w jednym z numerów „WO” przeczytałam, że przyszłościowym trendem może być całkowite odwrócenie się pewnych grup społecznych od internetu. Mimo że już dziś modne jest uprawianie sportów, zdrowe odżywianie, a wizjonerzy przewidują, że ludzie zamarzą, by od komputerów oderwać się raz na zawsze. Odciąć w stu procentach.

Brzmi absurdalnie, prawda?

 

 

 

Zwłaszcza że dziś wszystko przenosi się (o ile jeszcze nie przeniosło) do internetów – media, sklepy, tak wiele różnych usług. Wspomniałam wczoraj Karlosowi, że pewien wizjoner trendów utrzymywał, że ludzie odejdą od komputerów – że modne stanie się kilkugodzinne czytanie książek, spacerowanie, spotkania, rozmowy na żywo, dłuższe celebrowanie jedzenia. Chciałam sprawdzić, co ten mój mąż, wykształcony sceptyk i racjonalista powie w tym temacie. Zauważył, że owszem, może i tak będzie, ale tylko w jakimś nikłym procencie. Że prawdopodobnie na życie poza wirtualnym światem zdecydują się tradycjonaliści, osoby wykształcone (ceniące „siedzenie w książkach”), a jednocześnie – takie, których męczy stałe podążanie za nowinkami.

IMG_9473

Słowem – nisza. Trend dla nielicznych. Masy pozostaną w internetach. Zaczęłam o tym rozmyślać w kontekście moich własnych przyjaciół. Mam koleżankę z czasów podstawówki, z którą do dziś utrzymuję kontakt – ale tylko listowny lub telefoniczny. Pewnego dnia, miotana jakąś traumatyczną rozmową z nieznanym facetem na Gadu-Gadu powiedziała sobie, że nigdy już nie będzie miała kont w social mediach. Minęło kilkanaście lat, a ona w swoim postanowieniu twardo wytrwała. I owszem, wchodzi na Onet, by poczytać wiadomości czy też sprawdzić sobie pogodę, ale to wszystko.

Mam też kochaną panią profesor – polonistkę z liceum, z którą utrzymuję przyjacielskie relacje do dziś – wymieniając listy lub dzwoniąc. Kiedyś powiedziała mi, że organizowała w swoim mieście wystawę etnograficzną, i że znajomy zapytał ją, czy wydarzenie jest nagłośnione na Facebooku.
Odparła, że nie, że to lokalna wystawa i że pewnie ściągnie na nią tylko pobliskich mieszkańców i swoich uczniów. Na co odparł jej znajomy: „Eeeee, to praktycznie tak, jakbyś ty i ta wystawa nie istniały”.

A ona, jedna z najbardziej oczytanych kobiet, która zawsze ma czas na lektury, teatr, kino czy długi spacer po lesie, odpowiedziała uśmiechnięta: „Dobrze, w takim razie ja się na to nieistnienie z pełną świadomością zgadzam”.

IMG_8615

Pamiętam też historię przeczytaną w wiadomościach – pewien znany telewizyjny aktor wywołał burzę, gdy na kilka tygodni wyłączył komórkę, nie odbierał maili, nie bywał, nie pokazywał się nigdzie. Przesycony milionami informacji, rozczarowany poziomem zdawkowych internetowych rozmów postanowił na pewien czas zaszyć się w domu z żoną i dziećmi. Nic to, że w tym czasie mógł stracić wiele propozycji zagrania w filmach czy podpaść aktualnemu szefostwu. Coś w nim pękło, zamarzył, by całkowicie zniknąć i zrobił to.

I wiecie, co o tym myślę? Zwyczajnie zazdroszczę ludziom tej wolności. Bo odejść z internetów jest trudno. Ciągle słyszę te kłębiące się w głowie pytania: co stracę, odchodząc?

– Informacje – o urodzinach znajomych, ich życiu prywatnym, itp.
– Dostęp do ciekawych treści – rezygnując np. z Facebooka odcinamy się od linków do popularnych w sieci filmików, artykułów, itp. – słowem – wypadamy z „obiegu”, nie wiemy, co jest na topie.
– Całkowite odcięcie od komputera/aplikacji telefonicznych to także ujma na wizerunku – „Och, jak to nie masz Instagrama?”, „Nie znasz Snapchata?”, „Nie wierzę, nie odbierasz poczty?!”. W oczach ludzi stajesz się po prostu niedzisiejszy.

IMG_9468

Powiem Wam, że jako dziecko wsi i lasów tęsknię właśnie za niedzisiejszością. Czasem, gdy jest mi źle, przypominam sobie, jakby to było, gdybym teraz pojechała do babci. Siedziałybyśmy w jej ciepłej kuchni, zerkały w okno na kury i kaczki, które idą sobie w stronę stawu. Gotowałybyśmy obiad dla dziadka, który wróciłby zmęczony ze swojego warsztatu. Oglądały jej ulubione programy kulinarne, a potem wsiadły na rowery i jechały na kilka godzin do lasu po grzyby. Szczęśliwa niedzisiejszość.

Żyjąc w betonowym mieście mam czasem marzenie, by uciec w Bieszczady, wybudować sobie chatkę na skraju lasu i nie odbierać żadnych bodźców ze świata.

Zauważam dziś wśród innych znajomych, szczególnie blogerów, że w swoich kanałach w social mediach publikują rzadziej, że recyklingują treści, wrzucając także dawne teksty. Zastanawiam się, czy to wynika właśnie z tymczasowego kryzysu twórczego, bo brak im pomysłów, czy może z tego samego przesytu i tęsknoty za prawdziwym życiem, jakie ja czuję.

 Zdjęcia: Pikolina